wtorek, 20 sierpnia 2013

Anioły też płaczą

Anioły też płaczą

-Hej, Nico! - rzucił Romano podczas obiadu. - Pamiętasz swoją rodzinę?
-Moja rodzina? Hmm... – zamyśliłam się mocno. Historia mojej rodziny jest prosta i krwawa - Matkę zbito na froncie, ojciec ulotnił się podczas powstania listopadowego, a mój brat...
Brat. Mój ukochany mały braciszek. Mimowolnie przymknęłam oczy, by przypomnieć sobie najlepsze wspomnienia. Piknik na górce, zbieranie grzybów w lesie, rzucanie się ślimakami. Mój malutki braciszek, Nikodem. Urodził się w XVI wieku, i żył do 1940, trafienia do Auschwitz. Chroniłam go cały czas, nie pozwalałam by sam chodził dalej niż 500 metrów od domu. Spędzaliśmy z sobą każdą wolną chwilę. Uczyłam go przedmiotów szkolnych, ale także astronomii, teorii przetrwania w lesie, języków obcych, władania bronią, strzelania z łuku czy broni palnej i gotowania. Jednak prawie cały czas siedział sam. Ja byłam na froncie i walczyłam o Niepodległą Polskę, a on czekał na mnie ze swoją uśmiechniętą miną. Jeden moment nieuwagi, jeden i go zabrali. Uznali go za żyda, mimo że wyglądem w ogóle go nie przypominał. Ani wyglądem ani zachowaniem, ale uznali, że jest żydem.
Pamiętam dokładnie, była noc. Jak zwykle zmęczona wracałam do domu prosto z frontu. Miałam przestrzelony bark, ale miało się zagoić do rana. W powietrzu wyczułam, że coś jest nie tak. Nagle usłyszałam jego krzyk. Wołał pomocy, wołał mnie. Próbowałam go ratować, zabić SS-manów, ocalić mu życie. On miał dopiero 10 lat! To był dzieciak! Nim zdążyłam coś zrobić wsadzili go auta i zabarykadowali. Zero szans, wiedziałam o tym, więc wskoczyłam na tył samochodu, by wyrwać go im przed obozem. Nie udało mi się, ktoś przed zatrzymaniem pojazdu rzucił we mnie kamieniem. Spadłam, ale mimo to wstałam i biegłam za samochodem.
Wreszcie się zatrzymali, ukryłam się gdzieś za kamieniem i patrzałam co robią. Wzięli Nikodema za ubranie i dosłownie wrzucili do pociągu, jak się odwrócili wskoczyłam za nim. Ucieszył się na mój widok, tak jak zwykle. Uśmiechaliśmy się do siebie dławiąc łzy. Nie był głupi, więc wiedział, że jedzie na śmierć. Nie mogłam na o pozwolić. Gdybym wyskoczyła z pociągu, to zabiłabym go rozłupując czaszkę. Muszę czekać na koniec podróży, by wyskoczyć jak Rambo i uciec z nim jak najdalej.
Tuliłam go do siebie, jednocześnie śpiewając kołysanki i bujając się w tył i przód. Po jakim czasie zasnął, wyglądał tak słodko jak spał. Prawie jak ja, tylko on nie był rudy. Miał piękne zielone oczy, i brązowe loczki opadające na policzki. Spał do samego końca, dopóki nie otworzyli drzwi do pociągu. Wtedy weszli Niemcy z karabinami, zaganiając ludzi do wyjścia. Akurat wtedy brat się obudził, i automatycznie zanalizował sytuację, po czym po prostu wskoczył mi na plecy. To było wygodne, miałam wtedy obie ręce wolne i gotowe do walki. Wyskoczyłam z pociągu i zaczęłam uciekać w kierunku z którego przyjechaliśmy . Strażnicy byli na tyle zdezorientowani, że nie zareagowali natychmiastowo. Zdążyłam wbiec do lasu, gdzie nie zwolniłam biegu. Jednak Niemcy wysłali za nami psy, im nie zdołałam uciec. Jeden ugryzł mnie w nogę wyrywając kawałek mięśni. Wrzeszczałam z bólu, jednak próbowałam gnać dalej, w końcu dałam za wygraną. Postawiłam Nikodema na ziemi i kazałam mu uciekać. Zrobił to, ale łzy lały mu się strumieniami. Jak tylko zniknął mi z pola widzenia i tak ograniczonego przez drzewa, próbowałam wspiąć się na drzewo. Jednak coś ciągnęło mnie na ziemię. W końcu nie wytrzymałam i zemdlałam z bólu.
Coś trzasnęło mnie w twarz, mocno. Odzyskałam przytomność. Aż się zdziwiłam, sam Niemcy przyszedł mnie torturować. Powinnam była czuć się zaszczycona. Wrzeszczał na mnie, wyzywał, kopał, rozcinał, nawet palił. Nic, nie wyciągnie od mnie informacji. W końcu zdenerwował się tak, że kazał mnie wrzucić do komory gazowej. Teraz się naprawdę przestraszyłam, ale nie o siebie, tylko o Nikodema. Jeśli on czeka na komorę? Jeśli on już był w komorze?
Dwóch Niemców wzięło mnie pod ręce i zawlokło do komory. Wrzucili mnie pierwszą, po czym wsypali innych ludzi. Nie było Nikodema. Byłam tak sparaliżowana strachem o niego, że nie zauważyłam, kiedy ludzie przestali krzyczeć. Wszyscy umarli. Wszyscy tylko nie ja. W takich momentach cieszyłam się, że nie jestem normalnym człowiekiem. Siedziałam cicho w kącie, aż 20 minut, aż wszystkie krzyki ucichły. Potem ułożyłam się i udawałam martwą. Niemcy nie przyglądali się ciałom, więc to było łatwe. Prosto z komory wrzucili nas na wielki wóz, który wywiózł nas poza teren fabryki śmierci, i zrzucił do wielkiego dołu w środku lasu.
Wcześniej upewniwszy się, że nikt nie patrzy, wstałam wyprostowałam się i rozejrzałam się w około. Ciała, ciała, i jeszcze raz ciała. Miałam nadzieję, że Nikodem...Zobaczyłam go. Mój malutki Nikodem, rzuciłam się w jego stronę, łudząc się, że on tylko udaje. W sumie to mógł, w końcu jest ze mną spokrewniony. Jak tylko poczuł, że jego ciało się unosi, otworzył oczy, widać było, że to dla niego wielki wysiłek. Uśmiechnął się na mój widok, a mi oczy zaczęły wypełniać się łzami. W końcu wychrypiał początek swojej ulubionej książki.
-Litwo! Ojczyzno moja, tyś jest jak zdrowie, ileż trzeba Cię cenić, ten tylko się dowie, kto... - widać było, że zużył swój zapas energii.
-...Cię stracił. Dziś piękność twą w całej ozdobię, widzę i opisuję, bo tęsknię po tobie – dokończyłam za niego, ale już tego nie usłyszał. Umarł.
Mój braciszek umarł. Nie żyje. Przez chwilę wpatrywałam się w niego, potem jednak po przetworzeniu tej strasznej myśli, zawyłam w rozpaczy. Wyłam jak bóbr ściskając już martwego Nikodema. Mój jedyny braciszek, mój ukochany jedyny Nikodem. Nie żyje, oni go zabili. Oni zabili jedyną mi bliską osobę. Zapłacą za to, najwyższą cenę. Nigdy im tego nie wybaczę. Nigdy. Pomszczę Nikodema, nigdy nie wybaczę Niemcom, za żadne skarby. Wstałam chwiejnym krokiem. Nikodem chciał mi przekazać, że chce być pochowany na Litwie. Darzył ten kraj naprawdę wielką sympatią, i w jego ostatnich słowach było ono zawarte. Nie moje imię, nie nazwa ojczyzny. Tylko Litwa. To na pewno był znak. Ułożyłam jego ciało na moich plecach. Ciągle płacząc zmierzałam w kierunku przeciwnym do obozu. W końcu doszłam do jakiejś miejscowości z której ukradłam konia, nie liczyłam się z niczym.
Jadąc na oklep, zagłębiałam się w głąb nieznanego terenu. Stepując, kłusując i galopując dojechałam do granicy, oczywiście w międzyczasie zmieniając konie. Na moje szczęście nie trafiłam, na żaden niemiecki partol. Przy granicy byli strażnicy, ale los zaczął mi sprzyjać. Żołnierze byli na tyle pijani, że nie zauważyli jak przechodzę. Potem też jakoś umykałam wrogom. Aż dotarłam do mojego celu. Cmentarz na Rossie. Tu go pochowam. Między największymi polakami. Pod osłonom nocy wykopałam mu grób, jego ciało jeszcze nie zaczęło gnić, bardzo dobrze.
Za nagrobek służył nieduży kamień z wyrytym napisem „Nico”.
Patrzałam się tępo przed siebie, nadal wspominając Nikodema i jednocześnie przeklinając siebie, że pozwoliłam mu umrzeć.
W końcu wstałam i zostawiłam ich i obiad za sobą. Zamknęłam się w swoim pokoju i zaczęłam pakowanie. W tym roku odwiedzę brata szybciej niż zazwyczaj. Zwykle święta spędzam na Litwie, przy grobie brata, jednak muszę się z nim zobaczyć teraz. Nie wytrzymam do świąt.
Zanim wyszłam na nadgarstek chwycił mnie Feliks, spojrzał w oczy i powiedział:
-A ty gdzie?
-Jadę na dwa dni do Wilna, poradzicie sobie, co? - uśmiechnęłam się i wybiegłam z domu.
Wrzuciłam torbę na tyle siedzenie i już uruchamiałam silnik, kiedy z domu wybiegł Polska w jednym bucie i z drugim w ręku.
-Cz-czekaj na mnie! - wrzasnął i odczekałam aż zamknie za sobą drzwi, po czym ruszyłam w stronę bramy.
Przez pierwsze pięćdziesiąt kilometrów panowała cisza, jednak on ją przerwał:
-Dlaczego tak nagle wybiegłaś?
-Postanowiłam, że w tym roku szybciej odwidzę brata.
-Brata? Opowiesz mi o nim? - powiedział to czego nie chciałam.
Opowiedziałam mu całą historię bez żadnych skrótów. Wydawał się spodziewać takiego wytłumaczenia.
-Pamiętam jak tydzień przed jego śmiercią powiedział, że jak się wojna się skończy to pojedziemy do Wilna w święta. Koniecznie chciał zobaczyć cmentarz na Rossie. A trafił tam szybciej niż chciał – po policzku spłynęła mi pojedyncza łza. - Od tamtej pory co roku w noc świąteczną siedzę przy jego grobie. Całą noc.
Feliks zamilkł na chwilę, chyba chciał o coś się mnie zapytać.
-Feliks?
-Czemu mówisz do mnie Feliks? Większość mówi Polska, po prostu.
-Pamiętasz może 15 lipca 1410? - widziałam, że pamiętał, bo odruchowo wzdrygnął się na wspomnienie tej daty – Z tamtego dnia pochodzi moje pierwsze wspomnienie. Wspomnienie wojny, wiesz co jest w tym paradoksalne? Że na moim wspomnieniu jesteś ty.
Zszokowałam go, mocno.
-Obiecałam sobie, że nigdy nie dam Ci umrzeć. Nigdy. - widać było, że chciał coś zrobić.
Przez resztę drogi, rozmawialiśmy na proste tematy. Ulubiony kolor, ulubiony kwiat, i tym podobne. Wreszcie kiedy dojechaliśmy, powoli zapadał zmrok.
Usiadłam w siadzie skrzyżnym przed kamieniem i powiedziałam:
-Co Nikodem, patrz, jest lipiec a ja już tutaj. Widzisz tego za mną? - tu nagle poczułam jak coś zimnego przeszyło moje ramię. - To Polska, pamiętasz? Opowiadałam Ci dużo o nim. Dobrze kombinujesz, o niego walczyliśmy. O ile ja bym dała, byś tu znowu był. Feliks?
-Hm?
-Wiem, że to wygląda jakbym zwariowała, ale to naprawdę pomaga. Uwierz mi - czułam jak oczy mi się zaszkliły. - Wiesz co Nikuś? Pół Europy u mnie zamieszkało! Tak, Litwa też. Wiesz, że ten worek gnoju w skórze, Niemcy chciał wejść? Razem z Prusami, Austrią i Rosją. Ale wyszli, zanim cokolwiek im zrobiłam. Pamiętasz, jak rzuciłeś kamieniem w Prusy i on zemdlał? Słaby jest co?
Gadałam do kamienia czując, że Polska patrzy się na mnie dziwnym wzrokiem. Po jakimś czasie usiadł obok mnie, milcząc. Posiedziałam w ciszy jeszcze trochę, po czym wstałam i się otrzepałam. Widząc, że Feliks to powtórzył, powiedziałam:
-Do zobaczenia, Nikodem. Przyjadę w grudniu – po czym odwróciłam się i ruszyłam w kierunku samochodu.
-Feliks?
-Hm?
-Idziemy na piwo? - rzuciłam propozycje i uruchomiłam silnik.
-Piwo? Czy ty przypadkiem nie będziesz jechać w drogę powrotną?
-Proszę Cię, jestem na Litwie, muszę chociaż jedną butelkę piwa wypić. Moje ulubione, nie daj się prosić!
-Tylko jedno – odrzekł hardo, ale wiedziałam, że on wypije więcej.
Poszliśmy do najbliższego baru i zajęliśmy miejsca gdzieś z tyłu. Gdy kelner przyniósł piwo, wpatrywaliśmy się sobie w oczy. Mówiły to samo:”Kto szybciej wypije, ten wygrywa!”. Pochwyciliśmy nasze kufle w dłonie i po chichu odliczyliśmy do trzech, po czym zaczęliśmy pić. Kilka łyków i moja szklanka była pusta. Spojrzałam na niego, remis.
-Jeszcze jedno? - sam zaproponował.
-Ja nie mogę, sam mówiłeś – opierałam się.
-Oj proszę! Jesteś Polką! Jedno piwo w tą czy w tą nic Ci nie zrobi! - próbował mnie przekonać, ale wpadłam na pewien pomysł.
-Ok, ale za to zrobimy mały zakładzik – uśmiechnęłam się na samą myśl.
Spojrzał na mnie z tajemniczą miną, po czym krótko przytaknął.
-Przez cały tydzień nie wypowiesz ani razu słów: „totalnie” i „generalnie”
-Jeśli powiem to co?
-Przez tydzień będziesz chodził w garniturze i mówił poprzez karteczki. Czyli będziesz przez tydzień milczał – uśmiechnęłam się jak pokerzysta po dużej wygranej.
-Jeśli wygram to przez tydzień będziesz chodziła w koronkowych, albo ludowych sukienkach i będziesz mówiła do mnie „braciszku Polsko” – wykonał ten sam uśmiech, w sumie to nie było to dla mnie zbyt dużym wyzwaniem, ale musiałam udawać.
Patrzeliśmy na siebie przez krótką chwilę, po czym ścisnęliśmy sobie dłonie i zamówiliśmy drugie piwo. Reszta wieczoru minęła w spokoju na typowej gadce-szmatce. W drodze powrotnej Feliks zasnął na szybie samochodu, był wtedy taki słodki, że nie miałam serca go budzić. Więc zrobiłam mu zdjęcie i go obudziłam już na mojej posesji. Nawet się nie spodziewa mojej broni ostatecznej, zdjęcia śpiącego Feliksa!
Mruknął coś niewyraźnie i powoli otwierał oczy. Przybierając minę obrażonego dzieciaka powoli wyszedł z samochodu i doczołgał się do drzwi walcząc z sennością. Specjalnie szłam za nim, by potem z niego się ponabijać.
Jak tylko otworzył drzwi zauważyłam zmartwioną twarz Hiszpanii. Albo zabrakło pomidorów, albo Romano jest w niebezpieczeństwie.
Niestety moje podejrzenia były słuszne. Na mojej kanapie siedział Turcja.
-Czego chcesz? - warknęłam na niego.
-Ja? Tego co zawsze. Oddajcie mi Włochy – uśmiechnął się tak jakby zabierał dziecku lizaka.
Roześmiałam mu się w twarz.
-Jesteś taki głupi? Ja nie wierzę! Chcesz powtórki z Wiednia? - mówiłam przez śmiech.
-To może mała bitwa? Na szable? Jeżeli trzy razy mnie pokonasz to odejdę z niczym. Co ty na to? - był taki pewny siebie, jakby myślał, że mnie pokona.
-Jeśli cztery razy wygram, to przeprosisz Hiszpanię za wywoływanie niepotrzebnej wojny, jasne? - już zdążyłam opanować śmiech.
Niestety, on był przygotowany. Natychmiast wyciągnął schowaną szablę i zaczął wywijać mi ją przed nosem. Przewidziałam to, i zanim się spostrzegł, byłam już w piwnicy przerzucając moje miecze w poszukiwaniu szabli.
Wreszcie znalazłam moją ulubioną. Tą którą, walczyłam pod Wiedniem. Całą czarną z rękojeścią wysadzaną małymi rubinami.
Cicho jak ninja, wynurzyłam się z piwnicy obserwując wroga. Na szczęście, nacje pochowały się w pokojach, więc mogłam spokojnie polować. Stanęłam z wyciągniętą szablą za jego plecami tak, że kiedy się odwrócił, miał ją na szyi.
-Punkt dla mnie – rzuciłam mu w twarz.
Rozzłościł się mocno. Wymachiwał swoją bronią na prawo i lewo. Oczywiście skutecznie broniłam jego ataki, jednocześnie analizując jego taktykę. Przybrał chyba najgorszą, „Najlepszą obroną jest atak”. Machał bezsensownie bronią przed moim nosem, odsłaniając tym działaniem boki.
Poprzez odkrycie jego słabego punktu, miałam nad nim przewagę. Szybko dobiłam do trzech punktów. Uśmiechałam się pod nosem, gdy zaczęło się ostatnie starcie. Po kilku pojedynkach opadł już z sił, co pozwoliło mi go w miarę szybko pokonać.
W końcu potknął się i upadł na plecy, jednak szybko się dźwignął, jednak ja go prześcignęłam. Umieściłam czubek mojej szabli na jego nosie mówiąc:
-I co? Jak to jest przegrać z dziewczyną?
Grymas wykrzywił jego twarz, kiedy opuszczałam.
-Romano! Antonio! Chodźcie na chwilkę! - zawołałam, i już po chwili usłyszałam typowe „jełopie!”.
Najpierw wszedł Hiszpania, oczywiście uśmiechnięty, wlokąc za sobą Romano. Ten drugi trochę zbladł, gdy zobaczył Turcję.
-No..to ten.... - zaczął przegrany, ale nie mógł wykrztusić o co chodzi, więc dostał pięścią w plecy. - Przepraszam! Przepraszam! - krzyczał turlając się na ziemi.
-Niesamowite! Jak ty go do tego zmusiłaś? - ekscytował się Hiszpania.
-Moja tajemnica – uśmiechnęłam się złowieszczo. - Koniec tego dobrego, wyjazd z mojego domu póki się nie zdenerwowałam – rzuciłam na Turcję i chwyciłam go za płaszcz, pomagając wstać.
Mimo, że próbował to ukryć, bał się mnie. Jednak zatrzasnęłam drzwi jak tylko wyszedł. Mrucząc pod nosem, wróciłam do salonu rzucając się na kanapę.
Po kilku minutach bezsensownego przerzucania kanałów, dałam za wygraną i poszłam spać.
Klasycznie ułożyłam się na samym środku gigantycznego łóżka tuląc biało-czerwoną poduchę. Jednak dziś nie mogłam spać na mojej ulubionej poduszce w kolorach Litwy. Wszystkie moje poduszki, a miałam ich naprawdę dużo, były moimi małymi flagami różnych państw. Położyłam głowę na każdej z nic i stwierdziłam, że najwygodniej leży mi się na poduszce Wielkiej Brytanii. Po kilku minutach przewracania się z boku na bok postanowiłam wstać na kubek ciepłej herbaty. Z przyzwyczajenia wzięłam poduszkę na której spałam. Spojrzałam przez jedyne okno w moim pokoju. Już świtało, ale ptaki jeszcze nie ćwierkotały.

Po wypiciu herbaty zasnęłam od razu. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz