wtorek, 20 sierpnia 2013

Anioły też płaczą

Anioły też płaczą

-Hej, Nico! - rzucił Romano podczas obiadu. - Pamiętasz swoją rodzinę?
-Moja rodzina? Hmm... – zamyśliłam się mocno. Historia mojej rodziny jest prosta i krwawa - Matkę zbito na froncie, ojciec ulotnił się podczas powstania listopadowego, a mój brat...
Brat. Mój ukochany mały braciszek. Mimowolnie przymknęłam oczy, by przypomnieć sobie najlepsze wspomnienia. Piknik na górce, zbieranie grzybów w lesie, rzucanie się ślimakami. Mój malutki braciszek, Nikodem. Urodził się w XVI wieku, i żył do 1940, trafienia do Auschwitz. Chroniłam go cały czas, nie pozwalałam by sam chodził dalej niż 500 metrów od domu. Spędzaliśmy z sobą każdą wolną chwilę. Uczyłam go przedmiotów szkolnych, ale także astronomii, teorii przetrwania w lesie, języków obcych, władania bronią, strzelania z łuku czy broni palnej i gotowania. Jednak prawie cały czas siedział sam. Ja byłam na froncie i walczyłam o Niepodległą Polskę, a on czekał na mnie ze swoją uśmiechniętą miną. Jeden moment nieuwagi, jeden i go zabrali. Uznali go za żyda, mimo że wyglądem w ogóle go nie przypominał. Ani wyglądem ani zachowaniem, ale uznali, że jest żydem.
Pamiętam dokładnie, była noc. Jak zwykle zmęczona wracałam do domu prosto z frontu. Miałam przestrzelony bark, ale miało się zagoić do rana. W powietrzu wyczułam, że coś jest nie tak. Nagle usłyszałam jego krzyk. Wołał pomocy, wołał mnie. Próbowałam go ratować, zabić SS-manów, ocalić mu życie. On miał dopiero 10 lat! To był dzieciak! Nim zdążyłam coś zrobić wsadzili go auta i zabarykadowali. Zero szans, wiedziałam o tym, więc wskoczyłam na tył samochodu, by wyrwać go im przed obozem. Nie udało mi się, ktoś przed zatrzymaniem pojazdu rzucił we mnie kamieniem. Spadłam, ale mimo to wstałam i biegłam za samochodem.
Wreszcie się zatrzymali, ukryłam się gdzieś za kamieniem i patrzałam co robią. Wzięli Nikodema za ubranie i dosłownie wrzucili do pociągu, jak się odwrócili wskoczyłam za nim. Ucieszył się na mój widok, tak jak zwykle. Uśmiechaliśmy się do siebie dławiąc łzy. Nie był głupi, więc wiedział, że jedzie na śmierć. Nie mogłam na o pozwolić. Gdybym wyskoczyła z pociągu, to zabiłabym go rozłupując czaszkę. Muszę czekać na koniec podróży, by wyskoczyć jak Rambo i uciec z nim jak najdalej.
Tuliłam go do siebie, jednocześnie śpiewając kołysanki i bujając się w tył i przód. Po jakim czasie zasnął, wyglądał tak słodko jak spał. Prawie jak ja, tylko on nie był rudy. Miał piękne zielone oczy, i brązowe loczki opadające na policzki. Spał do samego końca, dopóki nie otworzyli drzwi do pociągu. Wtedy weszli Niemcy z karabinami, zaganiając ludzi do wyjścia. Akurat wtedy brat się obudził, i automatycznie zanalizował sytuację, po czym po prostu wskoczył mi na plecy. To było wygodne, miałam wtedy obie ręce wolne i gotowe do walki. Wyskoczyłam z pociągu i zaczęłam uciekać w kierunku z którego przyjechaliśmy . Strażnicy byli na tyle zdezorientowani, że nie zareagowali natychmiastowo. Zdążyłam wbiec do lasu, gdzie nie zwolniłam biegu. Jednak Niemcy wysłali za nami psy, im nie zdołałam uciec. Jeden ugryzł mnie w nogę wyrywając kawałek mięśni. Wrzeszczałam z bólu, jednak próbowałam gnać dalej, w końcu dałam za wygraną. Postawiłam Nikodema na ziemi i kazałam mu uciekać. Zrobił to, ale łzy lały mu się strumieniami. Jak tylko zniknął mi z pola widzenia i tak ograniczonego przez drzewa, próbowałam wspiąć się na drzewo. Jednak coś ciągnęło mnie na ziemię. W końcu nie wytrzymałam i zemdlałam z bólu.
Coś trzasnęło mnie w twarz, mocno. Odzyskałam przytomność. Aż się zdziwiłam, sam Niemcy przyszedł mnie torturować. Powinnam była czuć się zaszczycona. Wrzeszczał na mnie, wyzywał, kopał, rozcinał, nawet palił. Nic, nie wyciągnie od mnie informacji. W końcu zdenerwował się tak, że kazał mnie wrzucić do komory gazowej. Teraz się naprawdę przestraszyłam, ale nie o siebie, tylko o Nikodema. Jeśli on czeka na komorę? Jeśli on już był w komorze?
Dwóch Niemców wzięło mnie pod ręce i zawlokło do komory. Wrzucili mnie pierwszą, po czym wsypali innych ludzi. Nie było Nikodema. Byłam tak sparaliżowana strachem o niego, że nie zauważyłam, kiedy ludzie przestali krzyczeć. Wszyscy umarli. Wszyscy tylko nie ja. W takich momentach cieszyłam się, że nie jestem normalnym człowiekiem. Siedziałam cicho w kącie, aż 20 minut, aż wszystkie krzyki ucichły. Potem ułożyłam się i udawałam martwą. Niemcy nie przyglądali się ciałom, więc to było łatwe. Prosto z komory wrzucili nas na wielki wóz, który wywiózł nas poza teren fabryki śmierci, i zrzucił do wielkiego dołu w środku lasu.
Wcześniej upewniwszy się, że nikt nie patrzy, wstałam wyprostowałam się i rozejrzałam się w około. Ciała, ciała, i jeszcze raz ciała. Miałam nadzieję, że Nikodem...Zobaczyłam go. Mój malutki Nikodem, rzuciłam się w jego stronę, łudząc się, że on tylko udaje. W sumie to mógł, w końcu jest ze mną spokrewniony. Jak tylko poczuł, że jego ciało się unosi, otworzył oczy, widać było, że to dla niego wielki wysiłek. Uśmiechnął się na mój widok, a mi oczy zaczęły wypełniać się łzami. W końcu wychrypiał początek swojej ulubionej książki.
-Litwo! Ojczyzno moja, tyś jest jak zdrowie, ileż trzeba Cię cenić, ten tylko się dowie, kto... - widać było, że zużył swój zapas energii.
-...Cię stracił. Dziś piękność twą w całej ozdobię, widzę i opisuję, bo tęsknię po tobie – dokończyłam za niego, ale już tego nie usłyszał. Umarł.
Mój braciszek umarł. Nie żyje. Przez chwilę wpatrywałam się w niego, potem jednak po przetworzeniu tej strasznej myśli, zawyłam w rozpaczy. Wyłam jak bóbr ściskając już martwego Nikodema. Mój jedyny braciszek, mój ukochany jedyny Nikodem. Nie żyje, oni go zabili. Oni zabili jedyną mi bliską osobę. Zapłacą za to, najwyższą cenę. Nigdy im tego nie wybaczę. Nigdy. Pomszczę Nikodema, nigdy nie wybaczę Niemcom, za żadne skarby. Wstałam chwiejnym krokiem. Nikodem chciał mi przekazać, że chce być pochowany na Litwie. Darzył ten kraj naprawdę wielką sympatią, i w jego ostatnich słowach było ono zawarte. Nie moje imię, nie nazwa ojczyzny. Tylko Litwa. To na pewno był znak. Ułożyłam jego ciało na moich plecach. Ciągle płacząc zmierzałam w kierunku przeciwnym do obozu. W końcu doszłam do jakiejś miejscowości z której ukradłam konia, nie liczyłam się z niczym.
Jadąc na oklep, zagłębiałam się w głąb nieznanego terenu. Stepując, kłusując i galopując dojechałam do granicy, oczywiście w międzyczasie zmieniając konie. Na moje szczęście nie trafiłam, na żaden niemiecki partol. Przy granicy byli strażnicy, ale los zaczął mi sprzyjać. Żołnierze byli na tyle pijani, że nie zauważyli jak przechodzę. Potem też jakoś umykałam wrogom. Aż dotarłam do mojego celu. Cmentarz na Rossie. Tu go pochowam. Między największymi polakami. Pod osłonom nocy wykopałam mu grób, jego ciało jeszcze nie zaczęło gnić, bardzo dobrze.
Za nagrobek służył nieduży kamień z wyrytym napisem „Nico”.
Patrzałam się tępo przed siebie, nadal wspominając Nikodema i jednocześnie przeklinając siebie, że pozwoliłam mu umrzeć.
W końcu wstałam i zostawiłam ich i obiad za sobą. Zamknęłam się w swoim pokoju i zaczęłam pakowanie. W tym roku odwiedzę brata szybciej niż zazwyczaj. Zwykle święta spędzam na Litwie, przy grobie brata, jednak muszę się z nim zobaczyć teraz. Nie wytrzymam do świąt.
Zanim wyszłam na nadgarstek chwycił mnie Feliks, spojrzał w oczy i powiedział:
-A ty gdzie?
-Jadę na dwa dni do Wilna, poradzicie sobie, co? - uśmiechnęłam się i wybiegłam z domu.
Wrzuciłam torbę na tyle siedzenie i już uruchamiałam silnik, kiedy z domu wybiegł Polska w jednym bucie i z drugim w ręku.
-Cz-czekaj na mnie! - wrzasnął i odczekałam aż zamknie za sobą drzwi, po czym ruszyłam w stronę bramy.
Przez pierwsze pięćdziesiąt kilometrów panowała cisza, jednak on ją przerwał:
-Dlaczego tak nagle wybiegłaś?
-Postanowiłam, że w tym roku szybciej odwidzę brata.
-Brata? Opowiesz mi o nim? - powiedział to czego nie chciałam.
Opowiedziałam mu całą historię bez żadnych skrótów. Wydawał się spodziewać takiego wytłumaczenia.
-Pamiętam jak tydzień przed jego śmiercią powiedział, że jak się wojna się skończy to pojedziemy do Wilna w święta. Koniecznie chciał zobaczyć cmentarz na Rossie. A trafił tam szybciej niż chciał – po policzku spłynęła mi pojedyncza łza. - Od tamtej pory co roku w noc świąteczną siedzę przy jego grobie. Całą noc.
Feliks zamilkł na chwilę, chyba chciał o coś się mnie zapytać.
-Feliks?
-Czemu mówisz do mnie Feliks? Większość mówi Polska, po prostu.
-Pamiętasz może 15 lipca 1410? - widziałam, że pamiętał, bo odruchowo wzdrygnął się na wspomnienie tej daty – Z tamtego dnia pochodzi moje pierwsze wspomnienie. Wspomnienie wojny, wiesz co jest w tym paradoksalne? Że na moim wspomnieniu jesteś ty.
Zszokowałam go, mocno.
-Obiecałam sobie, że nigdy nie dam Ci umrzeć. Nigdy. - widać było, że chciał coś zrobić.
Przez resztę drogi, rozmawialiśmy na proste tematy. Ulubiony kolor, ulubiony kwiat, i tym podobne. Wreszcie kiedy dojechaliśmy, powoli zapadał zmrok.
Usiadłam w siadzie skrzyżnym przed kamieniem i powiedziałam:
-Co Nikodem, patrz, jest lipiec a ja już tutaj. Widzisz tego za mną? - tu nagle poczułam jak coś zimnego przeszyło moje ramię. - To Polska, pamiętasz? Opowiadałam Ci dużo o nim. Dobrze kombinujesz, o niego walczyliśmy. O ile ja bym dała, byś tu znowu był. Feliks?
-Hm?
-Wiem, że to wygląda jakbym zwariowała, ale to naprawdę pomaga. Uwierz mi - czułam jak oczy mi się zaszkliły. - Wiesz co Nikuś? Pół Europy u mnie zamieszkało! Tak, Litwa też. Wiesz, że ten worek gnoju w skórze, Niemcy chciał wejść? Razem z Prusami, Austrią i Rosją. Ale wyszli, zanim cokolwiek im zrobiłam. Pamiętasz, jak rzuciłeś kamieniem w Prusy i on zemdlał? Słaby jest co?
Gadałam do kamienia czując, że Polska patrzy się na mnie dziwnym wzrokiem. Po jakimś czasie usiadł obok mnie, milcząc. Posiedziałam w ciszy jeszcze trochę, po czym wstałam i się otrzepałam. Widząc, że Feliks to powtórzył, powiedziałam:
-Do zobaczenia, Nikodem. Przyjadę w grudniu – po czym odwróciłam się i ruszyłam w kierunku samochodu.
-Feliks?
-Hm?
-Idziemy na piwo? - rzuciłam propozycje i uruchomiłam silnik.
-Piwo? Czy ty przypadkiem nie będziesz jechać w drogę powrotną?
-Proszę Cię, jestem na Litwie, muszę chociaż jedną butelkę piwa wypić. Moje ulubione, nie daj się prosić!
-Tylko jedno – odrzekł hardo, ale wiedziałam, że on wypije więcej.
Poszliśmy do najbliższego baru i zajęliśmy miejsca gdzieś z tyłu. Gdy kelner przyniósł piwo, wpatrywaliśmy się sobie w oczy. Mówiły to samo:”Kto szybciej wypije, ten wygrywa!”. Pochwyciliśmy nasze kufle w dłonie i po chichu odliczyliśmy do trzech, po czym zaczęliśmy pić. Kilka łyków i moja szklanka była pusta. Spojrzałam na niego, remis.
-Jeszcze jedno? - sam zaproponował.
-Ja nie mogę, sam mówiłeś – opierałam się.
-Oj proszę! Jesteś Polką! Jedno piwo w tą czy w tą nic Ci nie zrobi! - próbował mnie przekonać, ale wpadłam na pewien pomysł.
-Ok, ale za to zrobimy mały zakładzik – uśmiechnęłam się na samą myśl.
Spojrzał na mnie z tajemniczą miną, po czym krótko przytaknął.
-Przez cały tydzień nie wypowiesz ani razu słów: „totalnie” i „generalnie”
-Jeśli powiem to co?
-Przez tydzień będziesz chodził w garniturze i mówił poprzez karteczki. Czyli będziesz przez tydzień milczał – uśmiechnęłam się jak pokerzysta po dużej wygranej.
-Jeśli wygram to przez tydzień będziesz chodziła w koronkowych, albo ludowych sukienkach i będziesz mówiła do mnie „braciszku Polsko” – wykonał ten sam uśmiech, w sumie to nie było to dla mnie zbyt dużym wyzwaniem, ale musiałam udawać.
Patrzeliśmy na siebie przez krótką chwilę, po czym ścisnęliśmy sobie dłonie i zamówiliśmy drugie piwo. Reszta wieczoru minęła w spokoju na typowej gadce-szmatce. W drodze powrotnej Feliks zasnął na szybie samochodu, był wtedy taki słodki, że nie miałam serca go budzić. Więc zrobiłam mu zdjęcie i go obudziłam już na mojej posesji. Nawet się nie spodziewa mojej broni ostatecznej, zdjęcia śpiącego Feliksa!
Mruknął coś niewyraźnie i powoli otwierał oczy. Przybierając minę obrażonego dzieciaka powoli wyszedł z samochodu i doczołgał się do drzwi walcząc z sennością. Specjalnie szłam za nim, by potem z niego się ponabijać.
Jak tylko otworzył drzwi zauważyłam zmartwioną twarz Hiszpanii. Albo zabrakło pomidorów, albo Romano jest w niebezpieczeństwie.
Niestety moje podejrzenia były słuszne. Na mojej kanapie siedział Turcja.
-Czego chcesz? - warknęłam na niego.
-Ja? Tego co zawsze. Oddajcie mi Włochy – uśmiechnął się tak jakby zabierał dziecku lizaka.
Roześmiałam mu się w twarz.
-Jesteś taki głupi? Ja nie wierzę! Chcesz powtórki z Wiednia? - mówiłam przez śmiech.
-To może mała bitwa? Na szable? Jeżeli trzy razy mnie pokonasz to odejdę z niczym. Co ty na to? - był taki pewny siebie, jakby myślał, że mnie pokona.
-Jeśli cztery razy wygram, to przeprosisz Hiszpanię za wywoływanie niepotrzebnej wojny, jasne? - już zdążyłam opanować śmiech.
Niestety, on był przygotowany. Natychmiast wyciągnął schowaną szablę i zaczął wywijać mi ją przed nosem. Przewidziałam to, i zanim się spostrzegł, byłam już w piwnicy przerzucając moje miecze w poszukiwaniu szabli.
Wreszcie znalazłam moją ulubioną. Tą którą, walczyłam pod Wiedniem. Całą czarną z rękojeścią wysadzaną małymi rubinami.
Cicho jak ninja, wynurzyłam się z piwnicy obserwując wroga. Na szczęście, nacje pochowały się w pokojach, więc mogłam spokojnie polować. Stanęłam z wyciągniętą szablą za jego plecami tak, że kiedy się odwrócił, miał ją na szyi.
-Punkt dla mnie – rzuciłam mu w twarz.
Rozzłościł się mocno. Wymachiwał swoją bronią na prawo i lewo. Oczywiście skutecznie broniłam jego ataki, jednocześnie analizując jego taktykę. Przybrał chyba najgorszą, „Najlepszą obroną jest atak”. Machał bezsensownie bronią przed moim nosem, odsłaniając tym działaniem boki.
Poprzez odkrycie jego słabego punktu, miałam nad nim przewagę. Szybko dobiłam do trzech punktów. Uśmiechałam się pod nosem, gdy zaczęło się ostatnie starcie. Po kilku pojedynkach opadł już z sił, co pozwoliło mi go w miarę szybko pokonać.
W końcu potknął się i upadł na plecy, jednak szybko się dźwignął, jednak ja go prześcignęłam. Umieściłam czubek mojej szabli na jego nosie mówiąc:
-I co? Jak to jest przegrać z dziewczyną?
Grymas wykrzywił jego twarz, kiedy opuszczałam.
-Romano! Antonio! Chodźcie na chwilkę! - zawołałam, i już po chwili usłyszałam typowe „jełopie!”.
Najpierw wszedł Hiszpania, oczywiście uśmiechnięty, wlokąc za sobą Romano. Ten drugi trochę zbladł, gdy zobaczył Turcję.
-No..to ten.... - zaczął przegrany, ale nie mógł wykrztusić o co chodzi, więc dostał pięścią w plecy. - Przepraszam! Przepraszam! - krzyczał turlając się na ziemi.
-Niesamowite! Jak ty go do tego zmusiłaś? - ekscytował się Hiszpania.
-Moja tajemnica – uśmiechnęłam się złowieszczo. - Koniec tego dobrego, wyjazd z mojego domu póki się nie zdenerwowałam – rzuciłam na Turcję i chwyciłam go za płaszcz, pomagając wstać.
Mimo, że próbował to ukryć, bał się mnie. Jednak zatrzasnęłam drzwi jak tylko wyszedł. Mrucząc pod nosem, wróciłam do salonu rzucając się na kanapę.
Po kilku minutach bezsensownego przerzucania kanałów, dałam za wygraną i poszłam spać.
Klasycznie ułożyłam się na samym środku gigantycznego łóżka tuląc biało-czerwoną poduchę. Jednak dziś nie mogłam spać na mojej ulubionej poduszce w kolorach Litwy. Wszystkie moje poduszki, a miałam ich naprawdę dużo, były moimi małymi flagami różnych państw. Położyłam głowę na każdej z nic i stwierdziłam, że najwygodniej leży mi się na poduszce Wielkiej Brytanii. Po kilku minutach przewracania się z boku na bok postanowiłam wstać na kubek ciepłej herbaty. Z przyzwyczajenia wzięłam poduszkę na której spałam. Spojrzałam przez jedyne okno w moim pokoju. Już świtało, ale ptaki jeszcze nie ćwierkotały.

Po wypiciu herbaty zasnęłam od razu. 

poniedziałek, 22 lipca 2013

Czasami jest naprawdę trudno.... Oczami Francji

Czasami jest naprawdę trudno...
Oczami Francji

Ta dziewczyna jest naprawdę ładna. Jej rude włosy, lekko pofalowane przy końcówkach sięgają jej pasa, a zielone oczy pięknie z nimi współgrają dodając jej młodzieńczego wyglądu. Jednak w jej oczach nie było widać cudownego błysku tylko chęć mordu. Mimo to uważałem, że to najpiękniejsza osoba jaką kiedykolwiek widziałem. Wiem, że nie wszyscy w to uwierzą, ale naprawdę się w niej zakochałem. Zakochałem się człowieku już nie pierwszy raz, ale pierwszy raz tak mocno. Nie widziałem świata poza nią, teraz była moim Słońcem, czymś do czego muszę być uwiązany. Spędziłbym nawet tydzień jedzenia angielskich potraw z Iggy'm, byle tylko ona też mnie pokochała. Dla niej zrobiłbym to z uśmiechem.
Tylko, że ona jest Polką. Polacy tak łatwo nie przebaczają, a zawsze są wystawiani do wiatru. Poczułem wstyd, że nie pomogłem im podczas drugiej wojny światowej. Też byłem w nieciekawej pozycji, ale oni mieli jeszcze gorzej. Między Niemcami, a Rosją, młotem a kowadłem. A i tak zadali im gigantyczne straty, jak sobie zacząłem przypominać, to zawsze tak było. Polacy cichy naród małych zabójców.
Jedynie wychwyciłem jej imię, Nikol. Z miejsca poczułem zazdrość do Włoch, że może ją tak często przytulać, a ona się na niego nie gniewa. Zrobiłbym prawie wszystko by zamienić się z nim miejscami, żeby to mnie tak przytulała.
Zadałem jej jedno pytanie, po czym trochę się rozmarzyłem, ale zorientowałem się kiedy musiałem wyjść posłusznie za Chinami do pokoju. Nie odzywałem się i wiedziałem, że ktoś zwróci na to uwagę. Musiałem coś wymyślić.
Opcja 1: Mój dom spłoną, mogę się martwić o moją przyszłość.
Opcja 2: Mogę się martwić, jak będzie wyglądało moje życie tutaj.
Opcja 3: Mogę się martwić, czy dostanę tutaj dobre jedzenie.
Nie mam więcej opcji, któraś musi wystarczyć. Rozpakowanie nie zajęło mi zbyt dużo czasu, bo większość moich ubrań spłonęła, więc położyłem się na łóżku i dokładniej przyjrzałem się pokojowi.
Ściany zlewały się z sufitem tym samym kolorem beżu, jednak kontrastując z brązową, drewnianą podłogą. Naprzeciwko drzwi rozciągało się wypukłe okno, z szerokim parapetem, na którym można by było usiąść. Na lewo od okna stało moje łóżko z małą toaletką, i średniej wielkości świerkową komodą co było odbiciem lustrzanym do drugiej strony pokoju. Jedynym elementem zakłócającym efekt motyla, były drzwi przy łóżku Chin, prowadzących do łazienki. Jeszcze tam nie byłem, ale sądzę, że jest zaprojektowana podobnie.
Zamyśliłem się na tyle mocno, że nie zauważyłem jak zasnąłem. Śniło mi się, że leżę na łące, a Nikol trzyma swoją głowę na moim brzuchu. To był naprawdę miły sen, ona się śmiała i ja też. Jednak moje marzenia musiał zakłócić jakiś trzask z głównego hallu. Dziwne, Chin nie ma w pokoju.
Wychyliłem głowę z pokoju, ale nie byłem jedyny. Łotwa, Litwa i Romano też wychylili głowy. Po czym usłyszeliśmy jedno „Hę?!” od Polski i wiedzieliśmy, że czas na zebranie.
Na szczęście wszystkie nacje pomyślały tak samo, bo każdy poszedł do jadalni. Usiedliśmy przy długim stole z ciemnego drewna. Każdy miał miejsce, a mimo to zostało jedno. Przez chwilę siedzieliśmy cicho jednak Anglia pierwszy (jak zwykle) zabrał głos:
-Co o niej sądzicie? - po tych słowach rozgrzała istna bitwa, jedni się jej boją inni ją uwielbiają. A ja siedzę sobie cicho.
Rozejrzałem się po krajach, jakby coś mnie zmusiło. Okazało się, że Polska tak samo nic nie mówi, spojrzałem mu w oczy. W nich było ukryte wszystko, on chyba czuł to samo co ja.
-Dobra uspokójmy się wszyscy! Z kłótni nic dobrego nie wynika! - przekrzyczał wszystkich Ameryka. Na szczęście podziałało, umilkli. - Dobra, niech teraz podniosą rękę Ci co chcą tu zostać.
Wszyscy podnieśli ręce, więc ucieszyłem się, że wszyscy tu będą. Nigdy tego nie mówiłem nikomu i nikomu tego nie pokazywałem, ale lubię jak jest dużo osób w jednym miejscu. Szkoda tylko, że Anglia jest tutaj.
-Może dla rozluźnienia atmosfery zrobimy przyjęcie ogrodowe? - zaproponowałem, na co (o dziwo!) wszyscy się zgodzili.
Zabraliśmy się do przygotowań, jednak nie zajęło nam to sporo czasu, dzięki czemu mogliśmy zacząć naszą „imprezę”. Jednak to był zły pomysł, tak myślę, ale przynajmniej się coś dzieje. Rozmawialiśmy sobie w małych grupkach w ogrodzie przed domem, aż ujrzeliśmy światła lamp.
Nico wysiadła ze swojego samochodu i znowu się wyłączyłem, byłem tak pogrążony w moim transie, że nie zauważyłem kiedy znalazłem się w łóżku słodko śpiąc. Mój sen był tym razem inny. Zniknęła łąka i Nico, zamiast tego byłem w jakimś ciemnym labiryncie, z pochodniami na ścianach. Rzucały jednak mało światła, były od siebie za bardzo oddalone. Nagle usłyszałem śpiew, piękny śpiew. Musiałem znaleźć źródło tego, jednak śpiew robił się coraz wyraźniejszy i głośniejszy jak zamazywała mi się droga.
Okazało się, że to Nico śpiewa „Sto lat” w moim języku. Miała cudowny głos wokalny i niesamowity akcent podczas wymowy. Jeszcze nie wiedziałem kogoś to tak dobrze wymawia zdania w moim języku, oczywiście poza mną.
Jak nachylała się nad mną z ciastem w ręku przypominała mi anioła. Mój prywatny anioł gratulujący mi przeżycia kolejnego roku. Byłem wniebowzięty. Jeszcze się do mnie uśmiechała. Czułem, że coraz bardziej się w niej zakochuję. To głupie, zakochać się w osobie, z którą rozmawiasz po raz pierwszy.
Wytłumaczyła mi, że nauczyła się mojego języka bardzo dawno. To miłe uczucie, duma.
Pokroiła własnoręcznie upieczony tort i podała kawałek. Najlepszy tort jaki kiedykolwiek jadłem. Ona chyba potrafi wszystko. Zjadłem cztery porcje, a w międzyczasie rozmawialiśmy w moim języku, mógłbym to robić cały czas, dzień w dzień, ale wszystko co dobre kiedyś się kończy. Musiała iść i zostałem sam ze swoimi myślami.
Strasznie wolno ubrałem się i wynurzyłem się z pokoju. Kuszący zapach zwabił mnie do jadalni. Mój anioł już siedział, oczywiście z Włochami przy sobie, czekając na nas, by zacząć śniadanie. Powiedziała nam coś, po czym życzyła nam smacznego. Rzuciłem się po jajko, by przed innymi zjeść, jednak nie ja jedyny rzuciłem się na jajka. A ona tylko na to patrzała, i nic.
Ten głupek Anglia, usiadł naprzeciwko mnie przez co widział moje spojrzenia na Nico. Oczywiście nie puścił tego płazem i zaczął z tego żartować z tego powodu, ale nie zostawałem mu dłużny i zacząłem wyzywać go od piratów i innych. Nico patrzała się na nas jawnie, nawet nie próbowała tego ukryć. Nagle Anglia rzucił we mnie jedzeniem, oczywiście mu oddałem. Wtedy Nikol powiedziała coś czego nie usłyszałem i od razu poczułem o co chodziło. Nóż Białorusi niezwykle mocno wbił mi się w ramie. Osłupiony przez ból, posłusznie wstałem z miejsca i poszedłem za Nico. Narzekała na mnie w moim języku, i tak była dla mnie jak anioł.
Opatrzyła mnie robiąc to tak delikatnie, że prawie nic nie czułem. Chciałem jej podziękować, ale coś mnie przytrzymało. Jeszcze powiem o kilka słów za dużo i domyśli się co do niej czuję. O nie, nie mogę do tego dopuścić! Będę jej unikał póki nie obmyślę jakiegoś planu działania.
Jak tylko skończyła wprost wybiegłem z łazienki do swojego pokoju. Owinąłem się na łóżku kołdrą. Musiałem wyglądać wtedy jak biały croissant. Naprawdę nie potrafiłem wymyślać planów, zawsze zrzucałem tę robotę na moich szefów. I teraz się na mnie to odbiło. Chociaż... mogę ją traktować jak to robi Włochy. Jako starszą siostrę, czy ciotkę. Ale to nie w moim stylu. Muszę ją traktować jako przyjaciółkę, a potem może kto wie, dziewczynę?
Mam plan, to miło. Znowu usłyszałem trzask zamykanych drzwi, czyżby powtórka z wczoraj?
Znowu usłyszałem trzask drzwi, więc to pewnie znaczy, że czas na kolejną naradę. Zebraliśmy się znowu tak samo.
-Co o niej sądzicie? - powtórzył się Anglia.
-Zaczynasz się powtarzać, herbaciarzu – wysiliłem się na moją typową cyniczność.
Oczywiście on zaczął się ze mną kłócić i mnie obrażać. Na co inne kraje reagują potępionym spojrzeniem. Po jakimś czasie po prostu patrzeliśmy na siebie obrażonym wzrokiem. Inne nacje chyba uznały to za koniec kłótni.
-Może zrobimy jej jakiś prezent? W końcu ona nam sporo pieniędzy poświęciła – zaproponował Łotwa.
Wszyscy przystali na tę propozycję z chęcią i zabraliśmy się do obmyślania prezentu. Padały różne propozycje, jedne głupsze inne nawiązujące do kultur innych krajów. Stopniowo dyskusja przeradzała się w kłótnie. Wszyscy chcieli udowodnić innym, że mają beznadziejne pomysły. Tylko ja i Polska siedzieliśmy cicho i myśleliśmy nad dobrym pomysłem.
-A może zrobimy obrus z małych flag? - powiedzieliśmy jednocześnie, dzięki czemu nasze głosy zdołały się przebić przez ogólny rumor.
Na szczęście nasz pomysł się spodobał, więc przystąpiliśmy do realizacji projektu. Na początku szyliśmy małe flagi z materiałów Anglii (Kto zabiera takie rzeczy w takich okolicznościach?), ale okazało się, że nie wszyscy mają taki talent jak Iggy. Po ponownej naradzie ustaliliśmy, że to były korsarz uszyje flagi tych co nie umieją, a Kanada zrobi muffiny z czekoladą.
Zdążyliśmy w ostatniej chwili, już Nico otwierała drzwi, gdy my zarzucaliśmy nasze podpisane flagi.
Wyglądała jak zwykle pięknie. Jej długie rude włosy powoli zaczynały się kołtunić, ale zielone oczy nie straciły swojego blasku. Oczywiście ten Włochy od razu wykorzystał sytuację i rzucił się na jej szyję. Po raz kolejny odpłynąłem marząc o nierealnym życiu. Nawet się nie spostrzegłem, gdy leżałem już w łóżku powoli zasypiając.
Następnego dnia, wszyscy obudziliśmy się przed Nico. Była może trzecia, gdy wyszła z pokoju, oczywiście w piżamie i skarpetkach.
-Ok! Co powiecie na małe kino? - zapytała się nas wszystkich.
Mimo wątpliwości chciałem zobaczyć co nam zaproponowała. Zaprowadziła nas do piwnicy i usadziła na miękkich czerwonych materiałowych fotelach. Całe pomieszczenie wyglądało jak małe kino, którym było. Nico chwilę poszperała w laptopie po czym z głośników ryknął na nas openning jakiegoś anime.
„Axis Powers Hetalia”, bo tak brzmiał tytuł anime, okazał się serią scen z naszej historii. Po prostu był o nas. To było naprawdę dezorientujące, my na anime? Wow.
Zerkając dyskretnie na Nico, zauważyłem jak pod nosem komentuje to co widzi. Chciałem usłyszeć jej komentarze na nasz temat. Jednak jej twarz wykrzywiała się a oczy tryskały nienawiścią, za każdym razem, gdy na ekranie pojawiał się Niemcy, Rosja, Prusy albo Austria, czyli często. Nagle znowu się wyłączyłem, tak było do ranka, kiedy obudziły mnie dziwne dźwięki. Czyżby Anglia znowu puszcza tą swoją durną muzykę?!
Półprzytomny z ochotą zabicia Arthura wszedłem do hallu. Serio nie spodziewałem się zobaczyć tego, co widziałem.
Moja piękność jak zwykle w piżamie siedziała na podłodze wśród fragmentów rozerwanej paczki trzymając w rękach gitarę w kolorach Wielkiej Brytanii.
-Nie dość, że on słucha tej muzyki na zebraniach, to ty ją jeszcze grasz? - spytałem ją po francusku z nadzieją, że Anglia tego nie zrozumie.
-Przepraszam, ale on pół roku mojej gitary w ręku nie miałam – po czym posłała mi najpiękniejszy uśmiech jaki kiedykolwiek widziałem, nie ma szans, wybaczam jej.

Lekko zrezygnowany poszedłem do kuchni na śniadanie, by jeszcze raz popatrzyć na mojego anioła. 

poniedziałek, 24 czerwca 2013

Gitara

Gitara

Siedzieliśmy wygodnie w moim prowizorycznym kinie w piwnicy. Były tutaj najlepsze warunki. Dźwięk idealnie się rozchodził, dzięki materiałowemu wnętrzu, światło było tylko sztuczne, a idealnie płaska ściana służyła za ekran. Całość wyglądała jak miniaturowe kino. Ponagliłam wszystkich by zajęli swoje miejsca i się wyciszyli.
Na pierwszy ogień poszedł pierwszy odcinek „Axis Power Hetalia”. Byli trochę zszokowani, że na podstawie ich życia powstało anime, ale polubili je bardzo. Jeszcze bardziej polubili jak oglądaliśmy filmiki na Youtube. Nie tylko te z Hetalii.
Przy dziesiątym odcinku spojrzałam na godzinę.
-Ups, trochę się zasiedzieliśmy już jedenasta. Do pokoi – przerwałam niezwykle pasjonujący odcinek.
-Weź! Tylko skończymy jeszcze tylko pół godziny! - Ameryka zaczął narzekać.
-To jest serial, obejrzysz później
-Ale jest o mnie! Daj chociaż mi skończyć!
-Tak, pozwolę tobie, to Iggy będzie chciał zostać potem Francja, potem reszta Aliantów i Oś, potem Bałty i cała reszta. Nie, nie, nie! Na górę, spać – nie dałam się ugiąć.
Trochę zawiedzeni, trochę zasmuceni ruszyli do wyjścia. Przeliczyłam ich, siedemnastu. Świetnie, nie ma Romano. Przeszukałam całą salę kinową. Nic. Jego pokój, nic. Kuchnia, nic. Główna łazienka, nic. Jadalnia, nic. Strych, nic. Gdzie on, do cholery jest?! Broń ostateczna.
-Romano! Choć pomóż mi zrobić sok pomidorowy! - nie nabrał się.
Nadal go nie było. Gdzie rzesz on polazł?! Usłyszałam bardzo cisze „kurde” gdzieś z prawej. Na prawdo była tylko lodówka. Otworzyłam ją. W środku był Romano. Chciałam mu chamsko zamknąć drzwi przed nosem, ale opanowałam swoją złośliwość. Wyciągnęłam go z lodówki i postawiłam przed sobą. Na kąciku ust miał czerwoną kropkę, tak samo na palcu.
-Czy zjadłeś wszystkie pomidory? - spytałam spokojnie. - I czemu siedziałeś w lodówce?
-Tak
-Co „Tak”? „Tak” to nie jest odpowiedź na oba pytania. Rano mi powiesz, teraz idź spać – po czym poczochrałam go po głowie, co widać go zdenerwowało, jednak się posłuchał.
Rano obudził mnie telefon. Okazało się, że moja gitara, którą pół roku temu uszkodzoną dałam do naprawy dziś przyniesie kurier. Ucieszona jak nigdy wybiegłam z pokoju w piżamie, prosto na strych, gdzie trzymam mój wzmacniacz. Przeniosłam go do małego korytarza przy wejściu, żeby od razu móc zagrać na mojej gitarze. Tak za nią tęsknię! To była pierwsza gitara wyprodukowana w barwach Wielkiej Brytanii. Więc była dla mnie naprawdę wyjątkowa, nikt poza mną jeszcze na niej nie zagrał. Autentyczna gitara elektryczna z 1950, warta naprawdę wiele dla kolekcjonerów, a dla mnie jeszcze więcej.
Dzwonek do drzwi.
Kurier.
Podpis odbioru.
Rozpakowana paczka.
Wielka radość, kiedy ściskałam moją ukochaną gitarę po pół roku.
A to tylko w trzy minuty.
Podłączyłam ją do wzmacniacza i nie patrząc na godzinę zaczęłam grać. Idealny dźwięk, mimo upływu lat. Bajka.
-Kto znów grzebie w moich płytach? - wydarł się nie do końca rozbudzony Anglia.
Wiedziałam, że słucha rocka.
-Odsuń się od mojej gitary, jeszcze się nią nie nacieszyłam. - odsunęłam się od niego.
Na szczęście się posłuchał. Patrzył na mnie, jak gram. Miło było. Zagrałam mu kilka utworów z repertuaru brytyjskich zespołów po czym zabrałam się za mój ulubiony zespół „Sabaton”. Jednak w połowie piosenki „40 to 1” musiałam przerwać, bo do małego hallu wszedł Francja z miną zabójcy.
-Nie dość, że on słucha tej muzyki na zebraniach, to ty ją jeszcze grasz? - spytał po francusku, by Anglia nie zrozumiał.
-Przepraszam, ale on pół roku mojej gitary w ręku nie miałam – widać, że uległ mojemu słodkiemu uśmiechowi i mi wybaczył.
Odłączając wzmacniacz zarzuciłam moją gitarę na plecy. Wyglądałam jak hipster z lat '80. W kuchni czekała na mnie niespodzianka, Kanada zrobił naleśniki z syropem klonowym. Jedyne danie z tamtego kontynentu, które mogę zjeść. Przytuliłam mocno Kanadę i rzuciłam się pochłaniać naleśniki. W moim przypadku nikt tego się nie spodziewał.

To był ostatni z normalnych poranków, ale o tym miałam się przekonać dopiero jutro. 

środa, 19 czerwca 2013

Czasami jest naprawdę trudno...

Czasami jest naprawdę trudno...

Weszłam do domu, by pokazać im, że teraz jestem spokojna. Przypomniałam sobie, że mam na sobie piżamę, ale nie przeszkadzało mi to. Rozsiadłam się w fotelu wygodnie niczym królowa na tronie.
-Twoje oczy – Italia jako jedyny śmiał się odezwać.
Podeszłam do najbliższego lustra. Faktycznie zwykle zielone oczy, takie same jak oczy Feliksa miały tym razem zabarwienie czerwone.
Szybkim krokiem wróciłam na mój fotel ukrywając przy tym moje zdezorientowanie.
-Siadajcie, spokojnie na dziś mój limit brutalności się wyczerpał – widać było, że nie wszyscy byli co do tego przekonani.
Italia oczywiście nie dał się dwa razy prosić, od razu wskoczył na moje kolana pomijając fakt, że teraz był od mnie wyższy. Inne nacje powinna zaskoczyć ta nieoczekiwana zmiana zachowania Italii, jednak to było za dużo dla nich. Po prostu usiedli i patrzyli czekając na wyjaśnienia.
-Czyli...chcecie tu zamieszkać? - starałam się przybrać najbardziej opiekuńczy ton głosu
-Tak, jeśli Ci to nie przeszkadza – powiedział przymilnym głosem Ameryka
-Jasne, czemu nie – wzruszyłam ramionami – Jednak nie zapominajcie, że to mój dom i macie się słuchać moich zasad. Jeśli ją złamiecie, czeka was kara. Odpowiednia dla każdego kraju.
-To źnaci? - odpowiedział Chiny.
-Musicie słuchać się moich zasad i wypełniać moich rozkazów. Zrozumiano? -
    spojrzałam na każdego po kolei: Japonię, Anglię, Francję, Chiny, Litwę, Polskę, Szwajcarię, Liechtenstein, Węgry, Ukrainę, Białoruś, Hiszpanię, Romano, Amerykę, Kanadę, Włochy, Łotwę i Estonię.
    - Po pierwsze: W moim domu kraje dzielą się na dwie grupy. Jedna pięcioosobowa a druga trzynastoosobowa. Grupa mniej liczna to: Polska, Litwa, Kanada, Węgry i Italia. Oni mają tu specjalne przywileje i obowiązki. Nie wolno ich obrażać czy ranić. Zrozumiano? - wszyscy przytaknęli – reszta może wylecieć stąd w każdej chwili. Druga sprawa: pokoje, zaraz was przydzielę do odpowiednich pokoi i na drzwiach które nie mogą być otwierane, narysuję „X”. Na strych i do piwnicy NIE WOLNO wejść. Reszta pomieszczeń jest do waszej dyspozycji. Oczywiście do mojego pokoju kompletny zakaz wejścia. Pytania?
    -Kim jesteś? - spytał się Estonia.
      Uśmiechnęłam się nerwowo, nie lubiłam się przedstawiać. Miałam wtedy wrażenie, że to szpiedzy od wrogów, którzy chcą mnie zabić. Eh, te przyzwyczajenia z wojny.
      -Jestem Nikol, nazwisk mam dużo, więc nie mogę wam podać jednego. Ktoś inny?
      -Ile masz lat i skąd znasz Włochy? - następny głos zabrał Francja.
    -Nie mogę wam powiedzieć ile mam lat, bo sama nie wiem. Wskazówką może być tylko to, że biorę udział w każdej polskiej walce od 1410. Chibiliano poznałam jak zaczął pracować na dworze Austrii.
    -Ciociu Nico mówiłem, że nie lubię nazwy Chibiliano! - oburzył się Italia na moich kolanach.
    -Wiem, ale byłeś wtedy taki malutki! - chwyciłam policzki w palce i wykonałam typowe „puci, puci”. - Już piętnasta, Italia idź się zdrzemnąć obudzę Cię za godzinę.
    -Ale ja chcę posłuchać! - wszyscy wpatrywali się w nas tępo.
-Italia – zmroziłam go wzrokiem, spuścił głowę i udał się do jego sypialni.
Nawet nie wiem, jaką wziął. Zna ten dom dobrze, był już wszędzie nawet w moim pokoju. Tylko on jeden, nikt więcej.
-Dlaczego wyrzuciłaś tamtych z domu? - spytał się Romano.
-Czy ty mnie wtedy słuchałeś? Jestem Polką, sześć razy amputowali mi prawą rękę, lewą tylko cztery – patrzyłam na niego karcącym wzrokiem.
-Jakim cudem straciłaś tyle razy ręce i wciąż je masz? - mocno zszokowany wykrztusił Łotwa.
-Każdy zadaje mi to pytanie. Otóż już tłumaczę. Od początku kariery wojskowej ludzie mówią, że jestem żołnierzem idealnym. Tylko na plecach i brzuchu zachowują się blizny  a moje kończyny zrastają się w dość szybkim tempie. Nawet nie potrzebuję rehabilitacji, to zawsze mnie cieszyło podczas wojen. Niestety leje się wtedy mnóstwo krwi. Na szczęście nie odbija się to na moim zdrowiu
-Skoro jesteś takim dobrym żołnierzem, to dlaczego żadna z kronik nie mówi o tobie? Jakbyś nigdy nie istniała – odpyskował mi Anglia.
-Nie przedstawiałam się nigdy nikomu, albo używałam fałszywych nazwisk. Jeśli już to wymazywałam z wszystkich kronik i pamiętników moje imiona i nazwiska. I nie dawałam się fotografować. Co byś zrobił gdybyś zobaczył nazwisko jednej osoby na przestrzeni sześciuset lat? - nie podobała mu się moja odpowiedź.
Przypomniałam sobie, że ostatnio rysowałam coś na większym formacie. Podeszłam do najbliżej komody i wyciągnęłam blok techniczny w formacie A3 i czarny marker. Następnie rozpisałam pary, które będą mieszkać razem w pokojach:
Anglia
-
Francja
Chiny
Polska
Litwa
Szwajcaria
Liechtenstein
Węgry
Ukraina
Białoruś
-
Japonia
Włochy
Hiszpania
Romano
Ameryka
Kanada
Łotwa
Estonia
Owszem Anglia i Białoruś nie miały pary do pokoju, ale Anglia nie potrafi się z nikim nie kłócić. A Białorusi za bardzo się boją. Sądzę, że ona sama też woli mieć swój własny pokój.
-Pytania?
-Ciemu ja mam pokóji z Francia? - zapytał się Chiny.
-Tylko ty masz siłę na niego tak wrzasnąć, żeby Ci nie odpyskował – widziałam, że Francja się trochę oburzył. - Więc przejdźmy do zasady numer trzy. Tutaj możecie ubierać się jak chcecie, ale tylko jak wychodzicie. Macie. Się. Ubierać. Jak. Ludzie. - cedziłam ostatnie słowa, by zrozumieli, że paradowanie w mundurach nie wchodziło w rachubę.
-Wiem też, że nie macie zbyt dużo normalnych ubrań, albo nie macie ich wcale, więc jutro jadę do miasta na zakupy. Jadę wam kupić ubrania.
-Czy będę musiał za to zapłacić? - wtrącił się Szwajcaria.
-Nie, niektórzy ludzie robią takie rzeczy b-e-z-i-n-t-e-r-e-s-o-w-n-i-e, zapamiętaj, że coś takie istnieje. - rzuciłam mu lekceważąco. - teraz wybaczcie, idę spać.
Po czym zostawiłam ich powracając do pokoju, świetnie ma tylko pół godziny, potem muszę obudzić Italię. Jak wcześniej podejrzewając spał w moim łóżku, a ubrania miał porozrzucane po całym pokoju. Jako iż ja sama tak robiłam, nie składałam mu rzeczy. Tylko wślizgnęłam się do łóżka przymykając powieki i znowu diabeł w plastikowej szacie zaczął wygrywać swój morderczy hejnał.
-Italia wstawaj! - ten odmruknął coś w odpowiedzi – Serio wstawiaj, bo Cię stąd wywalę. Rusz się, mi się też nie chcę.
Moje poszturchiwania doczekały się tylko pomruków z jego strony. W końcu użyłam broni ostatecznej zabrałam mu pierzynę. Tym razem reakcja była natychmiastowa, wstał i zaczął się trząść z zimna. Rzuciłam mu jego mundur i wyszłam z pokoju. Na dziś miałam zaplanowane tylko sprzątanie ogrodu, czyli nic. Nie opłacało mi się wstawać.
Doczłapałam się do kuchni i otworzyłam lodówkę. Spoglądając krytycznie na prawie puste pułki stwierdziłam, że muszę też zajść do jakiegoś supermarketu. Pijąc resztkę soku z pomarańczy rzuciłam się na kanapę. Nie widziałam jeszcze żadnego z krajów. Czyżby siedzieli cicho w swoich pokojach?
W tym momencie do pokoju wszedł Ameryka ze swoim firmowym uśmiechem.
-Ameryko? Mógłbyś mnie trochę pouczyć angielskiego? - posłałam mu najpiękniejszy ze swoich uśmiechów.
Widać, że go trochę zaskoczyło, na szczęście pozytywnie.
-Hej, hej, hej! Czemu on ma cię uczyć angielskiego a nie ja?! - z korytarza dobiegł głos Anglii.
-Bez spiny Iggy! Otóż tłumaczę. W dzisiejszych czasach bez angielskiego jesteś nikim, jednakowoż brytyjski akcent który posiadasz ty, nie jest tak powszechny jak akcent amerykański, który posiada tu obecny Alfred. Równocześnie ja sama, mam akcent czysto kalifornijski, na tyle mocy, że ludzie myślą iż ja pochodzę z Ameryki. Co jak już wicie, jest nieprawdą. Pytania?
-Skąd znasz moje imię?
-Wiem o was więcej niż wam się wydaje – odparłam tajemniczo.
Spojrzałam na zegarek, 16:40. Przypomniało mi się, że byłam umówiona na wywiad do gazety, na siedemnastą. Zeskoczyłam jak oparzona z kanapy i zaczęłam biegać po domu jak opętana biorąc wszystkie potrzebne rzeczy. Ubrałam, umalowałam i przygotowałam się w niecałe pięć minut. Rzucając kluczykami w Polskę wrzasnęłam:
-Teraz ty tu rządzisz, nie niszczcie niczego! - i już mnie nie było.
Jadąc moim sportowym włoskim Ferrari, rozpędzałam się coraz bardziej, nie patrząc na przepisy. Zaparkowałam blisko wejścia i znowu spojrzałam na zegarek. Niezły czas, 16:57. Pokonałam ostatnie schodki do budynku i ujrzałam miłą panią redaktor, która chciała ze mną poprowadzić wywiad.
-Jak miło, że jest pani przed czasem. Czy mogę zaproponować kawę? - jej trochę skrzekliwy głos ranił me uczy, ale nie pokazałam tego.
Siedziałyśmy w kawiarni, wyglądając na dobre przyjaciółki. Przez resztę wywiadu sztucznie się uśmiechałam, ale widać było, że się na to nabrała. Po spotkaniu udałam się do supermarketu. Specjalnie biorąc podwójny zapas paluszków dla mnie i Feliksa. Żeby żaden z krajów nie poczuł się pokrzywdzony wzięłam ulubioną przekąskę dla każdego z nich.
Jadąc już o wiele spokojniej nabierałam przeczucia, że w moim domu nie jest do końca w porządku. Nie myliłam się.
Zamiast spokojnej i tajemniczej rezydencji w środku lasu, zastałam głośną i zagraconą posesję. Kraje najwidoczniej postanowiły urządzić sobie imprezę w ogródku. Nie miała im tego za złe. Muszą odreagować stres. Zaparkowałam auto wyjątkowo przed posesją i ruszyłam w kierunku domu.
Drogę zagrodził mi nieduży jednorożec tak biały, że aż raził w oczy.
-What the fuck is it?! - wrzasnęłam tak, że wszyscy się odwrócili.
-Ale co? - odparł ostrożnie Hiszpania.
-No to! To to coś co przed mną stoi! Jakiś kucyk! - zaczęłam strasznie gestykulować rękami.
-Czyli ty też go widzisz? - spytał zaszokowany Anglia.
-A co? Oni nie?
-Tylko Norwegia, ale go tu nie ma
-Ok, Robi się coraz dziwniej – zaczęłam się sztucznie uśmiechać, czyli robiłam co zawsze z takich sytuacjach.
Anglia jak zaczarowany podszedł do jednorożca pogłaskał go pod brodą i zachęcił mnie do powtórzenia działania. To musiało wyglądać naprawdę dziwnie. Dwójka ludzi głaszcząca niewidzialne zwierzę. Nice. Anglia był nim tak oczarowany, że nie zauważył jak odchodziłam. Italia jak zwykle mnie przytulił, tym razem na powitanie. Lubiłam jego uściski, on jako jedyny nigdy mnie nie zdradził. Nigdy nie wydał w ręce wroga.
Znowu zamigotały mi przed oczami sceny z wojny. Krew, ból i łzy. Automatycznie się otrząsnęłam. Było minęło, muszę zapamiętać coś dobrego z tego życia. Wchodząc do domu spojrzałam kątem oka na kalendarz. Trzynasty lipiec. Jutro są urodziny Francji, muszę coś dla niego zrobić. Tylko dla przykładu, że Polacy mimo złości są gotowi do radości.
Wślizgnęłam się do mojego ciepłego łóżka i nastawiłam budzik na trzecią nad ranem. Natychmiast zapadłam w głęboki sen.
Wynalazek diabła bezczelnie zakończył mój piękny sen, ale mus to mus. Cicho jak myszka zabrałam się do robienia ciasta. Na moje szczęście zwykle mam wszystkie składniki. Nikt mi nie przeszkadzał, wszyscy spali jak zabici. Miło. Zrobiłam duży tort śmietankowy wyglądający jak wielka fraga Francji otulona różami z cukru. Moim skromnym zdaniem wyszedł nieźle. Chciałam jeszcze coś dodać, ale nie miałam pomysłów.
Znowu spojrzałam na zegarek, siódma. Można go obudzić. Przeniosłam tort z blatu na wcześniej przygotowany wózek. Doszłam do jego pokoju i delikatnie zapukałam. Zero reakcji, powolutku otworzyłam drzwi i wślizgnęłam się do pomieszczenia. Francja spał z błogim uśmiechem na twarzy, a Chiny z ściągniętymi brwiami, jakby się nad czymś zastanawiał.
Szybko przypomniałam sobie słowa francuskiej wersji „Sto lat!” co było proste, bo umiałam francuski. Nie chciałam się tylko do tego przyznawać. Najpierw cichutko a potem już normalnie zaczęłam śpiewać, zawsze mi mówiono, że mam ładny głos i powinnam robić karierę muzyczną. Jednak rozbudziłam Francję na tyle by móc mu złożyć życzenia.
-Joyeux anniversaire! (Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin) – obdarzyłam go najpiękniejszym ze swoich uśmiechów.
-To ty znasz mój język? - spytał trochę zszokowany.
-Bien sûr! (Oczywiście) – wyjaśniłam mu, że w szesnastym wieku się go nauczyłam.
Przysiadłam na łóżku i pokroiłam tort. Widać mu smakował, bo wziął cztery porcje. W międzyczasie rozmawialiśmy po francusku. W sumie to o niczym. Gdy wybiła dziewiąta, pożegnałam go i poszłam do siebie na ostatnią chwilę snu. Niestety, już sięgałam po klamkę, by otworzyć drzwi..
-Ciociu Nico! Nico - Neko! - krzyknął Feliciano po czym zwisł mi na plecach jak małpka.
-Co chcesz na śniadanie?
-Pastę! - nie spodziewałam się innej odpowiedzi.
Idąc do kuchni z Włochami na plecach musiałam wyglądać co najmniej dziwnie. Usmażyłam mnóstwo jajek i złożyłam je na wielkiej tacy. Niosąc tacę zauważyłam, że Chibiliano jeszcze nie zeskoczył z moich pleców. Położyłam półmisek na środku długiego stołu, przygotowałam talerze i sztućce, po czym usiadłam na jednym z miejsc i zaczęłam liczyć czas. C
Pięćdziesiąt sekund, przychodzą kraje bałtyckie z Polską.
Minuta, pojawiają się Alianci.
Minuta, dwadzieścia dochodzą wszyscy inni.
-Minuta trzydzieści dwa, tyle wam zajęło zgromadzenie się tutaj – ciszę rozdarł mój głos. - Smacznego – na zachętę wzięłam jedno jajko na swój talerz.
Zaczęła się istna bitwa. Każdy chciał jajko przed innymi, postanowiłam tym razem nie interweniować. Co ja się tam będę pchać? Niech się sami zabijają. Powoli delektowałam się moim śniadaniem patrząc jak Anglia kłóci się z Francją. Po co oni usiedli po przeciwnych stronach? Po obelgach zaczęli w siebie rzucać jedzeniem. To było już za dużo.
-Natalio? Czy mogłabyś ich uspokoić? - zwróciłam się do Białorusi.
Skinęła na mnie i rzuciła nożami w ramiona wiecznych wrogów. Anglia złapał trzon w ostatniej chwili, ale Francja już nie zdążył.
-Pogratulować cela – rzuciłam w jej stronę po czym wyciągnęłam Francję do łazienki by opatrzyć ranę.
-Było się kłócić? Zostać rannym w swoje urodziny! Cóż za lekkomyślność – rzuciłam po francusku.
Przysiadł na wannie z miną obrażonego dziecka. Opatrywałam mu rany i marudziłam trochę pod nosem, oczywiście po francusku, żeby rozumiał. Na jego ramieniu zauważyłam wiele blin. W końcu bije się od wieków z Anglią, to zrozumiałe.
-Już! Teraz nie możesz tylko wykonywać nagłych ruchów po Ci rana wybuchnie, rozumiesz? - spytałam się najmilszym głosem na jaki było mnie stać.
-Tak, tak, już mogę iść? - przytaknął po czym nie czekając na odpowiedź wyszedł pośpiesznym krokiem.
Przypomniałam sobie o wczorajszej obietnicy zakupu ubrań. Tym razem o wiele spokojniej przygotowałam się do wyjścia, jednak ponowiłam swój ruch z wczoraj rzucając kluczami w Feliksa i mówiąc:
-Teraz ty tu rządzisz, nie niszczcie niczego! - i już mnie nie było, tym razem nie był tak mocno zaszokowany.
Przekraczając ponad dwukrotnie dozwoloną prędkość, po prostu prosiłam się o mandat. Jedak nikt mnie nie zatrzymał, chyba marka mojego samochodu, z którego na marginesie jestem strasznie dumna, odstraszyła ich tak, że nie chcieli tego robić.
Spędziłam dobre dwie godziny szukając odpowiednich części garderoby. Biorąc pod uwagę kulturę, upodobania i gusty. Dla siebie kupiłam tylko jedną parę okularów przeciwsłonecznych. Obiecałam sobie, że nigdy więcej sama nie pojadę na zakupy sama. Nie mogąc się powstrzymać zaszłam też do sklepu elektronicznego i kupiłam rzutnik z przenośnym ekranem. Postanowiłam, że urządzę w domu małe kino. Zaskoczę ich tym działaniem, ale chcę, żeby z mojego domu wynieśli chociaż kilka dobrych wspomnień. Nie tylko wspomnienie morderczej dziewczyny sądzącej, że jest lepsza od innych. Z miejsca się zasępiłam, nie chciałam, by mnie taką zapamiętano. Chciałam, żeby pamiętali mnie tak jak Chibiliano, miłą i opiekuńczą ciocię. Zawsze mi takiej osoby brakowało, dlatego chcę, by nikt nie musiał przez to przechodzić.
Zaparkowałam w garażu za domem, którego nie widać od frontu. Nosem czułam, że w środku czeka mnie miła niespodzianka. I się nie myliłam.
Już jak weszłam do domu powitał mnie słodki zapach naleśników z syropem klonowym, tylko Kanada takie robi. Na stole w jadalni leżał obrus z zszytych małych flag wszystkich państw, które były podpisane. Jakbym o kimś zapomniała.
-Oh my.... - wykrztusiłam i rzuciłam torby z zakupami na podłogę.
Od razu, jak moża było to przewidzieć, Włochy rzucił mi się na szyję.
-A z jakiej to okazji? - powiedziałam do zebranych, byli wszyscy.
-Chcemy, żebyś nas nie zapomniała! - odpowiedział mały Łotwa.
-O was nigdy – po czym przytuliłam najmłodszego Bałta.
-Ja mam dla was prezenty! - rozdałam każdemu jego torbę, na szczęście podobały im się ich nowe ubrania. Szczególnie Anglii, kurtka z wielką brytyjską flagą na plecach.

Do wieczora siedzieliśmy przy stole i opowiadaliśmy sobie śmieszne historię. Wyglądaliśmy jak naprawdę duża rodzina. Podczas naszego „posiedzenia” ustaliliśmy, że najlepiej będzie jak co dwa dni będę wyjeżdżać z jakimś krajem na wycieczkę. A raz w miesiącu wszyscy będziemy gdzieś jeździć.

poniedziałek, 17 czerwca 2013

piątek, 14 czerwca 2013

Początek Oczami Feliksa

Początek
Oczami Feliksa

Kłótnia trwała zażarcie. Wszyscy coś robili, nawet Kanada. Wszyscy oprócz mnie. Siedziałem cicho z rękoma ściśniętymi w pięści. Tylko ja.
Reszta zrzucała na mnie dziwne spojrzenia. Zwykle gadam więcej niż oni razem wzięci, ale dziś tylko się przywitałem. Nie zabrałem głosu w żadnej ze spraw. Czułem, że Litwa będzie chciał ze mną o tym porozmawiać.
Ja nie chciałem z nim rozmawiać. W sumie to z nikim nie chciałem. Ja po prostu czułem, że niedługo stanie się coś niespodziewanego. Coś co zaszkodzi nam wszystkim. Niektórym naprawdę tego życzyłem, ale nikomu tego nie powiedziałem nawet Lici.
Nawet się nie spostrzegłem, a konferencja się skończyła. Nawet nie wiem o czym była. Pewnie coś o budowaniu nowego lepszego świata po wojnie. O wojnie z winy Niemiec i Rosji. Nienawidziłem ich z całego serca. Tak samo jak Prus. Ten typek nawet nie jest już państwem, dlaczego on żyje? Tego to nikt nie wiedział.
Westchnąłem ciężko i wstałem, znowu muszę zacząć grać dzieciaka. Powoli już zaczynało mnie to męczyć , ale sam wybrałem sobie taki kierunek życia. Nie mogę narzekać. Nie teraz.
Jakoś zdołałem wyślizgnąć się sprzed rąk Litwy. Po raz pierwszy mnogość korytarzy w domu Francji na coś się przydała. Teraz czeka mnie tułaczka z Paryża do domu. Po prostu świetnie.
Nim ktokolwiek zobaczył, że wychodzę już siedząc na koniu pędziłem w stronę domu. Zatopiony w myślach, nie kierowałem zbyt uważnie, ale na szczęście mam talent do jeździectwa, więc wszystko robiłem bez namysłu. Jak wtedy kiedy chodzisz jedną ścieżką milion razy i znasz każdy jej fragment na pamięć.
Nie spodziewałem się tego co zobaczyłem. Nie byłem psychicznie nastawiony do tego. Mój dom. Mój piękny dom, tyle razy zniszczony, tyle razy odbudowywany, stał w płomieniach. Niewiele myśląc zeskoczyłem z konia i wbiegłem prosto w płomienie.
Czułem jak lizały moje ciało, jak otwierały moje blizny. Nie dbałem o to, pobiegłem na sam środek i upadłem na kolana. Zacząłem płakać. Sam z siebie, płakałem jak bóbr, jednak trochę się uśmiechałem. Mimo, że moja sytuacja była beznadziejna zacząłem się śmiać płacząc jednocześnie. W pewnym momencie zemdlałem. Obudziłem się dopiero w środku nocy, bity przez Litwę w policzki.
-Ała! Co ty robisz?! - krzyknąłem na niego tak, że nawet ja się zdziwiłem.
-P-przepraszam, chciałem Cię tylko obudzić
Spojrzałem dookoła. Z mojego cudownego drewnianego domku w środku lasu zostały tylko gruzy. Kilka najbliższych drzew także ucierpiały na skutek pożaru.
-Czego chcesz? - warknąłem próbując ukryć mój smutek po kolejnej utracie domu.
-Przyjechałem po ciebie, mamy jechać na kolejne spotkanie
-Znowu? O co tym razem chodzi?
-Jak to „znowu”? Ostatnia konferencja była tydzień temu i ty na niej nie byłeś!
-Przecież byłem, tylko zwiałem totalnie szybko zanim ktoś ogarnął, że idę.
Świetnie, tylko mi nie mówcie, że zasnąłem na dwa tygodnie! Przecież to totalnie niemożliwe!
Lekko spanikowany spojrzałem na Litwę. Patrzył się na mnie tym swoim opiekuńczym wzrokiem. To jedno spojrzenie mówiło wszystko:
-Martwię się o ciebie – wspaniale, bierze mnie na litość, chce wszystko od mnie wyciągnąć.
-Po co? U mnie jest totalnie w porządku – po tych słowach posłałem mu mój uśmiech pod tytułem: „Nie-gdajmy-o-tym”, ale wiedziałem, że go nie przekonałem.
-Stary, to nie ja leżałem w ruinach swojego domu przez dwa tygodnie bez znaku życia! - zdziwiłem się on nigdy nie powiedział do mnie „stary”.
Zamyśliłem się trochę. Jednak znowu mnie szturchnął.
-Ej! Mówię do ciebie! Nie odlatuj mi tu! Naprawdę...Co się z tobą dzieje?!
Krzyczał na mnie. Naprawdę podniósł głos. Mógł się o mnie zamartwiać. Jednak przypomniało mi się jak on zachowywał się inaczej niż zwykle. Było to koło roku 1410, ale wtedy trochę powalczyliśmy z tym debilem Prusy i musiał zostać moim lennikiem. To Lici poprawiło humor. Poniżanie innych, zawsze działało na złe samopoczucie. Jednak teraz, po Drugiej Wojnie Światowej nie możemy walczyć. Życie w pokoju i takie tam. Muszę teraz mieć jakiś cel! Dostałem naprawdę mocnego kopniaka w twarz.
-Ała! Cholera jasna, Toris! Co ty odwalasz?!
-Słuchaj jak do ciebie mówię! A od kiedy mi mówisz po imieniu?! - mocno się wkurzył, takiej furii nie widziałem u niego nigdy.
-Przepraszam, Litwo. Nie powinienem tak się zachowywać w stosunku do Ciebie
Zaskoczyłem go, po raz pierwszy pokazałem komuś prawdziwego mnie, bez maski dziecka.
-Naprawdę mnie zaskakujesz ostatnio. Może jeszcze mi powiesz, że nie jesz paluszków?
-A masz? - w sprawie paluszków nie mogę dorosnąć .
-Choć na tą konferencję, a kupię ci dwie paczki.
-Obiecujesz?
-Tak, obiecuję – uśmiechnął się do mnie z ulgą.
Kiedy tylko usadowił się dobrze na koniu ruszył galopem. Nie puszę mu tego płazem. Od razu zacząłem się z nim ścigać, nie wolno szarpać mojego honoru. Nigdy. Doskonale o tym wiedział i wykorzystywał, by mnie rozweselić.
Nie spostrzegłem się, gdy dojechaliśmy na miejsce konferencji. Dom Niemiec. Chciałem stąd uciec, nie ważne co by pomyśleli o mnie inni, ale ze względu na paluszkową obietnicę Litwy zostałem. Mimo, że będę tam tylko fizycznie. Zrobię to tylko dla Litwy.
Automatycznie wzdrygnąłem na wspomnienia, które wróciły do mnie po przekroczeniu progu. Ostatni raz kiedy tu byłem, siedziałem trzy dni bez wody i jedzenia w podziemiu. Natychmiast zapiekły mnie blizny po tamtych torturach. Musiałem się im przeciwstawić. Musiałem być silny, dla przykładu, dla Litwy, dla samego siebie.
Litwa szedł przed mną, widać było w jego kroku, że wie dokąd iść i wcale mu się to nie uśmiecha. Pewnie przez wzgląd na mnie. Szedłem za nim bez namysłu, duchowo będąc gdzieś indziej. Zatrzymał się, ale tego nie zauważyłem , więc wpadłem na niego, co sprowadziło mnie na ziemię.
Drzwi się otworzyły i wyszedł Niemiec w tym samym mundurze, który miał na sobie podczas torturowania mnie. Tego było za wiele. Odwróciłem się na pięcie i ruszyłem biegiem w kierunku drzwi. Wypadłem z tego domu koszmarów i biegłem w kierunku domu. Słyszałem za mną krzyki wołające do złapania mnie, ale byłem dla nich za szybki. Czując jak gałęzie uderzają mnie w twarz, biegłem tak długo aż zobaczyłem te zgliszcza po moim domu. Przerażający widok, dla mnie był uściśnieniem tragedii.
Nie wiedząc co ze sobą zrobić, usiadłem jak rozkapryszony bachor i zamyśliłem się znowu. Mogę spędzić kilka dni u Lici, dopóki nie odbudują mi domu, ale będzie zadawał mi trudne pytania. Mogę też iść do Węgier, ale ona będzie jeszcze bardziej się martwić. Zostaje mi tylko Italia, ale on za dużo czasu spędza z tym debilem Niemcy. Moja jedyna opcja to zostanie tutaj i odbudowanie swojego domu własnoręcznie.
Zaraz po podjęciu decyzji, wstałem i ruszyłem w kierunku Warszawy. Tam na pewno dostanę jakieś materiały do budowy. Nie przeszedłem nawet stu metrów, gdy usłyszałem za sobą Litwę który mnie woła. Wyszedłem mu na spotkanie, ale płakał więc musiało się stać coś złego.
-Polsko! Nie wolno tak uciekać z konferencji! - próbował się uśmiechnąć
-Czemu płaczesz? Co się stało?
-Mój dom się spalił – stało się to czego się obawiałem.
-Czy tylko twój?
-To właśnie było tematem naszego spotkania. Wszystkim państwom się spaliły domy. Ustaliliśmy jednogłośnie, że wprowadzimy się do znajomej Włoch.
-Do znajomej Włoch?! Przecież to jest obca osoba! A jak coś się stanie? - mój lęk przed nieznajomymi się uaktywnił.
-Uspokój się, nie będzie źle, dogadasz się z nią. To Polka
Że niby ja mam zamieszkać u kogoś obcego?! Ja?!
-To totalnie niemożliwe! Nie zrobię tego!
-Zrobisz, choćbym musiał Cię tam siłą zabrać – pierwszy raz słyszałem u niego taki ton głosu.
Trochę się przeraziłem, od kilku dni Litwa nie zachowywał się normalnie. A może on też wcześniej tylko grał? Znam go już ponad pięćset lat to nie może być prawda. A może jednak? Przybrałem minę obrażonego dzieciaka odpowiednią do sytuacji.
-Wszystkie twoje rzeczy spłonęły? - spytałem się go.
-Niestety – już powstrzymał płacz.
-Choć, ja jestem na to przygotowany – ruszyłem w kierunku małej szopy, wyglądającej jak najzwyklejszy w świecie pagórek.
-Wow! Od kiedy to tu jest? - był naprawdę zdziwiony.
-Po pierwszej wojnie światowej, wykopałem tu sobie mały bunkier. Mam trochę mundurów, ale tylko polskie. Będziesz wyglądał totalnie uroczo w moich barwach! - widać było jak na dłoni, że mu się nie uśmiecha paradowanie w moim mundurze.
Bunkier był mały, więc ja wszedłem do środka i wziąłem tylko najważniejsze rzeczy. Mundury, bandaże, paluszki, mała puchata poducha i co dla mnie najbardziej znaczący album ze zdjęciami. Mimowolnie uśmiechnąłem się do wspomnień, kiedy byliśmy mali.
-Wyłaź, bo się spóźnimy! - na ziemię sprowadził mnie krzyk Litwy.
Mrucząc pod nosem wrzuciłem rzeczy na wyjazd do dwóch walizek i wyszedłem z mojej szopy. Wręczyłem Lici jedną walizkę i ruszyłem na przód.
-Nie chcę Cię martwić, ale musimy iść w tamtym kierunku – wskazał kierunek przeciwny do obranego przez mnie.
-Przecież wiem, ale sprawdzam twoją totalną orientację!
Po drodze spotkaliśmy inne państwa, które dołączały do nas. Na końcu drogi byliśmy wszyscy oprócz Italii. Nie odzywaliśmy się do siebie, a ja próbowałem zwiększyć odległość między mną, Niemcami i Rosją. Nie chcę prowokować kłótni.
-Tak, w ogóle gdzie Italia? - spytałem przy bramie do wielkiej posesji.
-On już jest na miejscu, od wczoraj – odpowiedział Ameryka.
Jak tylko przekroczyliśmy bramę, w moje oczy uderzył najpiękniejszy krajobraz jaki kiedykolwiek widziałem. A przecież jestem Polską. Nie ma ładniejszego kraju jak mój.
Kręta żwirowa droga o szerokości ledwo na jeden samochód prowadziła do fantastycznego dworku architektonicznie wyglądającego jak połączenie pałacu Tyszkiewiczów (Litwa) z moim pałacem na wodzie w Warszawie. Na prawo i lewo jak okiem sięgnąć rozciągał się piękny dębowy las. Wzdłuż ścieżki wiły się dwa małe strumyki gromadzące nadmiar wody deszczowej i pławiąc ją do małego zbiornika wodnego przy dworku nad którym przebiegał mały kamienny mostek.
Wszyscy zagwizdaliśmy z uznaniem. Tu było naprawdę pięknie. Było akurat popołudnie więc światło padało idealnie i równomiernie. Cicho podeszliśmy do drzwi i ktoś zadzwonił dzwonkiem.
Otworzyła nam całkiem ładna dziewczyna około siedemnastki, miała oczy identyczne jak moje, i włosy długie, rude. Nie była zbyt wysoka, ale za to bardzo szczupła i wyglądająca jakby wiele przeszła. Gdyby nie jej włosy, wyglądałaby podobnie do mnie.
Zanim się zorientowała o co chodzi, wszyscy wsypaliśmy się do jej domu. No prawie wszyscy. Niemcy, Prusy, Rosja i Austria nie zdążyły zagrodziła im drogę ręką.
-Macie niezły tupet tu przychodzić, i jeszcze większy, żeby bez pytania wparowywać mi do domu – miała bardzo melodyjny głos, typowej starszej siostry, ale używała takiego tonu, że można było się przerazić.
Nawet na nich nie patrzała. Od razu poczułem do niej sympatię.
-Przepraszam, ale nie wiem o co Ci chodzi – pierwszy odezwał się Niemiec
-Od kiedy jesteśmy na „ty”, skurwielu ? - nie mogłem uwierzyć, że to powiedziała. I to do Niemiec!
Ten nawet nie wiedział o co chodzi. Patrzeli na siebie zdezorientowani.
-Pójdziecie sami, czy mam wam pomóc? - nadal używała tonu mordercy - Nie wiesz o co chodzi, tępy młotku? Nie dziwie się, taki idiota jak ty ma ciasną głowę. Gdybyś miał chociaż te dwa punktu IQ dostrzegłbyś, że na prawo od moich drzwi znajduje się godło Polski, a nad drzwiami namalowałam flagę. Nie przypadkowo. Moja rodzina jest jedną z nielicznych czystokrwistych Polaków. Nie masz prawa wejść na ziemię bronioną przez nas. Więc zabieraj swój debilny zadek i uciekaj póki masz jeszcze nogi - poczułem dumę. Byłem z niej dumny, z każdym jej słowem czułem napływającą dumę. Najpierw nieśmiało się rodzącą, by za chwilę objąć całe moje serce.
Jednak tylko we mnie rozbudziła takie emocje. Poczułem, że niektórzy przestali oddychać. Wszyscy wpatrywali się w nią albo z szacunkiem albo strachem. Tylko ja miałem dumę w oczach, ale chyba tego nie zauważyła. Nagle Prusy zaczął się śmiać. To był jego błąd.
Polka nie wiadomo skąd wziętym nożem rozcięła mu gardło i rzuciła jego tchawicą w Niemca. Gilbert upadł na brzuch, więc na jego plecach narysowała znak Polski Walczącej, byłem z niej tak dumy, jak ojciec ze swojej córki podczas odbioru świadectw ze studiów. Ten gest wzbudził w moich towarzyszach jeszcze większą trwogę.
Jeśli się nie usuniesz z mojej posesji, tępaku w przeciągu pięciu minut to skończysz gorzej niż on – w duchu odetchnąłem z ulgą. Nie będę musiał mieszkać z tym sadystą! On tylko przerzucił ciało brata przez plecy i rzucił się do ucieczki.
-Austrio, nie sądzisz chyba, że Cię tu przyjmę, co? - bał się jej, to było widać.
-Z całym szacunkiem, niestety nie wiem czym ja zawiniłem
-Nie wie! - przybrała rozbawioną minę – A może przypomną Ci się daty 1683, 1772 i 1795 ?
Do mojej świadomości automatycznie przebiły się wspomnienia z tamtych lat. I ten ból po zdradzie Austrii. Jednak mogłem mu to wybaczyć, gdy patrzyłem jak ucieka z podkulonym ogonem przez Polką.
Następny był Rosja. Stanęła przed nim, co wyglądało naprawdę dziwnie przy ich różnice w wzroście. Była jednak nieustraszona.
-Dobrze wiesz, że masz uciekać, prawda?
-Wódka? - nawet na chwilę nie przestał się uśmiechać.
-Tobie też mam pomóc?
Rosja odwrócił się nieśpiesznie i nucąc pijacką piosenkę oddalał się co raz bardziej. Dziewczyna odwróciła się. Wszyscy patrzyli na nią z rosnącym szacunkiem. Ona jedna bez pomocy nikogo, nie będąc Białorusią, pogoniła Rosję! To trzeba gdzieś zapisać!
Wiedziałem na razie tylko jedno: Nastały dziwne czasy, a ja chcę im sprostać.