Anioły
też płaczą
-Hej, Nico! - rzucił
Romano podczas obiadu. - Pamiętasz swoją rodzinę?
-Moja rodzina? Hmm... –
zamyśliłam się mocno. Historia mojej rodziny jest prosta i krwawa
- Matkę zbito na froncie, ojciec ulotnił się podczas powstania
listopadowego, a mój brat...
Brat. Mój ukochany
mały braciszek. Mimowolnie przymknęłam oczy, by przypomnieć sobie
najlepsze wspomnienia. Piknik na górce, zbieranie grzybów w lesie,
rzucanie się ślimakami. Mój malutki braciszek, Nikodem. Urodził
się w XVI wieku, i żył do 1940, trafienia do Auschwitz. Chroniłam
go cały czas, nie pozwalałam by sam chodził dalej niż 500 metrów
od domu. Spędzaliśmy z sobą każdą wolną chwilę. Uczyłam go
przedmiotów szkolnych, ale także astronomii, teorii przetrwania w
lesie, języków obcych, władania bronią, strzelania z łuku czy
broni palnej i gotowania. Jednak prawie cały czas siedział sam. Ja
byłam na froncie i walczyłam o Niepodległą Polskę, a on czekał
na mnie ze swoją uśmiechniętą miną. Jeden moment nieuwagi, jeden
i go zabrali. Uznali go za żyda, mimo że wyglądem w ogóle go nie
przypominał. Ani wyglądem ani zachowaniem, ale uznali, że jest
żydem.
Pamiętam
dokładnie, była noc. Jak zwykle zmęczona wracałam do domu prosto
z frontu. Miałam przestrzelony bark, ale miało się zagoić do
rana. W powietrzu wyczułam, że coś jest nie tak. Nagle usłyszałam
jego krzyk. Wołał pomocy, wołał mnie. Próbowałam go ratować,
zabić SS-manów, ocalić mu życie. On miał dopiero 10 lat! To był
dzieciak! Nim zdążyłam coś zrobić wsadzili go auta i
zabarykadowali. Zero szans, wiedziałam o tym, więc wskoczyłam na
tył samochodu, by wyrwać go im przed obozem. Nie udało mi się,
ktoś przed zatrzymaniem pojazdu rzucił we mnie kamieniem. Spadłam,
ale mimo to wstałam i biegłam za samochodem.
Wreszcie
się zatrzymali, ukryłam się gdzieś za kamieniem i patrzałam co
robią. Wzięli Nikodema za ubranie i dosłownie wrzucili do pociągu,
jak się odwrócili wskoczyłam za nim. Ucieszył się na mój widok,
tak jak zwykle. Uśmiechaliśmy się do siebie dławiąc łzy. Nie
był głupi, więc wiedział, że jedzie na śmierć. Nie mogłam na
o pozwolić. Gdybym wyskoczyła z pociągu, to zabiłabym go
rozłupując czaszkę. Muszę czekać na koniec podróży, by
wyskoczyć jak Rambo i uciec z nim jak najdalej.
Tuliłam
go do siebie, jednocześnie śpiewając kołysanki i bujając się w
tył i przód. Po jakim czasie zasnął, wyglądał tak słodko jak
spał. Prawie jak ja, tylko on nie był rudy. Miał piękne zielone
oczy, i brązowe loczki opadające na policzki. Spał do samego
końca, dopóki nie otworzyli drzwi do pociągu. Wtedy weszli Niemcy
z karabinami, zaganiając ludzi do wyjścia. Akurat wtedy brat się
obudził, i automatycznie zanalizował sytuację, po czym po prostu
wskoczył mi na plecy. To było wygodne, miałam wtedy obie ręce
wolne i gotowe do walki. Wyskoczyłam z pociągu i zaczęłam uciekać
w kierunku z którego przyjechaliśmy . Strażnicy byli na tyle
zdezorientowani, że nie zareagowali natychmiastowo. Zdążyłam
wbiec do lasu, gdzie nie zwolniłam biegu. Jednak Niemcy wysłali za
nami psy, im nie zdołałam uciec. Jeden ugryzł mnie w nogę
wyrywając kawałek mięśni. Wrzeszczałam z bólu, jednak
próbowałam gnać dalej, w końcu dałam za wygraną. Postawiłam
Nikodema na ziemi i kazałam mu uciekać. Zrobił to, ale łzy lały
mu się strumieniami. Jak tylko zniknął mi z pola widzenia i tak
ograniczonego przez drzewa, próbowałam wspiąć się na drzewo.
Jednak coś ciągnęło mnie na ziemię. W końcu nie wytrzymałam i
zemdlałam z bólu.
Coś
trzasnęło mnie w twarz, mocno. Odzyskałam przytomność. Aż się
zdziwiłam, sam Niemcy przyszedł mnie torturować. Powinnam była
czuć się zaszczycona. Wrzeszczał na mnie, wyzywał, kopał,
rozcinał, nawet palił. Nic, nie wyciągnie od mnie informacji. W
końcu zdenerwował się tak, że kazał mnie wrzucić do komory
gazowej. Teraz się naprawdę przestraszyłam, ale nie o siebie,
tylko o Nikodema. Jeśli on czeka na komorę? Jeśli on już był w
komorze?
Dwóch
Niemców wzięło mnie pod ręce i zawlokło do komory. Wrzucili mnie
pierwszą, po czym wsypali innych ludzi. Nie było Nikodema. Byłam
tak sparaliżowana strachem o niego, że nie zauważyłam, kiedy
ludzie przestali krzyczeć. Wszyscy umarli. Wszyscy tylko nie ja. W
takich momentach cieszyłam się, że nie jestem normalnym
człowiekiem. Siedziałam cicho w kącie, aż 20 minut, aż wszystkie
krzyki ucichły. Potem ułożyłam się i udawałam martwą. Niemcy
nie przyglądali się ciałom, więc to było łatwe. Prosto z komory
wrzucili nas na wielki wóz, który wywiózł nas poza teren fabryki
śmierci, i zrzucił do wielkiego dołu w środku lasu.
Wcześniej
upewniwszy się, że nikt nie patrzy, wstałam wyprostowałam się i
rozejrzałam się w około. Ciała, ciała, i jeszcze raz ciała.
Miałam nadzieję, że Nikodem...Zobaczyłam go. Mój malutki
Nikodem, rzuciłam się w jego stronę, łudząc się, że on tylko
udaje. W sumie to mógł, w końcu jest ze mną spokrewniony. Jak
tylko poczuł, że jego ciało się unosi, otworzył oczy, widać
było, że to dla niego wielki wysiłek. Uśmiechnął się na mój
widok, a mi oczy zaczęły wypełniać się łzami. W końcu
wychrypiał początek swojej ulubionej książki.
-Litwo!
Ojczyzno moja, tyś jest jak zdrowie, ileż trzeba Cię cenić, ten
tylko się dowie, kto... - widać było, że zużył swój zapas
energii.
-...Cię
stracił. Dziś piękność twą w całej ozdobię, widzę i opisuję,
bo tęsknię po tobie – dokończyłam za niego, ale już tego nie
usłyszał. Umarł.
Mój
braciszek umarł. Nie żyje. Przez chwilę wpatrywałam się w niego,
potem jednak po przetworzeniu tej strasznej myśli, zawyłam w
rozpaczy. Wyłam jak bóbr ściskając już martwego Nikodema. Mój
jedyny braciszek, mój ukochany jedyny Nikodem. Nie żyje, oni go
zabili. Oni zabili jedyną mi bliską osobę. Zapłacą za to,
najwyższą cenę. Nigdy im tego nie wybaczę. Nigdy. Pomszczę
Nikodema, nigdy nie wybaczę Niemcom, za żadne skarby. Wstałam
chwiejnym krokiem. Nikodem chciał mi przekazać, że chce być
pochowany na Litwie. Darzył ten kraj naprawdę wielką sympatią, i
w jego ostatnich słowach było ono zawarte. Nie moje imię, nie
nazwa ojczyzny. Tylko Litwa. To na pewno był znak. Ułożyłam jego
ciało na moich plecach. Ciągle płacząc zmierzałam w kierunku
przeciwnym do obozu. W końcu doszłam do jakiejś miejscowości z
której ukradłam konia, nie liczyłam się z niczym.
Jadąc
na oklep, zagłębiałam się w głąb nieznanego terenu. Stepując,
kłusując i galopując dojechałam do granicy, oczywiście w
międzyczasie zmieniając konie. Na moje szczęście nie trafiłam,
na żaden niemiecki partol. Przy granicy byli strażnicy, ale los
zaczął mi sprzyjać. Żołnierze byli na tyle pijani, że nie
zauważyli jak przechodzę. Potem też jakoś umykałam wrogom. Aż
dotarłam do mojego celu. Cmentarz na Rossie. Tu go pochowam. Między
największymi polakami. Pod osłonom nocy wykopałam mu grób, jego
ciało jeszcze nie zaczęło gnić, bardzo dobrze.
Za
nagrobek służył nieduży kamień z wyrytym napisem „Nico”.
Patrzałam się tępo
przed siebie, nadal wspominając Nikodema i jednocześnie
przeklinając siebie, że pozwoliłam mu umrzeć.
W końcu wstałam i
zostawiłam ich i obiad za sobą. Zamknęłam się w swoim pokoju i
zaczęłam pakowanie. W tym roku odwiedzę brata szybciej niż
zazwyczaj. Zwykle święta spędzam na Litwie, przy grobie brata,
jednak muszę się z nim zobaczyć teraz. Nie wytrzymam do świąt.
Zanim wyszłam na
nadgarstek chwycił mnie Feliks, spojrzał w oczy i powiedział:
-A ty gdzie?
-A ty gdzie?
-Jadę na dwa dni do
Wilna, poradzicie sobie, co? - uśmiechnęłam się i wybiegłam z
domu.
Wrzuciłam torbę na
tyle siedzenie i już uruchamiałam silnik, kiedy z domu wybiegł
Polska w jednym bucie i z drugim w ręku.
-Cz-czekaj na mnie! -
wrzasnął i odczekałam aż zamknie za sobą drzwi, po czym ruszyłam
w stronę bramy.
Przez pierwsze
pięćdziesiąt kilometrów panowała cisza, jednak on ją przerwał:
-Dlaczego tak nagle
wybiegłaś?
-Postanowiłam, że w
tym roku szybciej odwidzę brata.
-Brata? Opowiesz mi o
nim? - powiedział to czego nie chciałam.
Opowiedziałam mu całą
historię bez żadnych skrótów. Wydawał się spodziewać takiego
wytłumaczenia.
-Pamiętam jak tydzień
przed jego śmiercią powiedział, że jak się wojna się skończy
to pojedziemy do Wilna w święta. Koniecznie chciał zobaczyć
cmentarz na Rossie. A trafił tam szybciej niż chciał – po
policzku spłynęła mi pojedyncza łza. - Od tamtej pory co roku w
noc świąteczną siedzę przy jego grobie. Całą noc.
Feliks zamilkł na
chwilę, chyba chciał o coś się mnie zapytać.
-Feliks?
-Czemu mówisz do mnie
Feliks? Większość mówi Polska, po prostu.
-Pamiętasz może 15
lipca 1410? - widziałam, że pamiętał, bo odruchowo wzdrygnął
się na wspomnienie tej daty – Z tamtego dnia pochodzi moje
pierwsze wspomnienie. Wspomnienie wojny, wiesz co jest w tym
paradoksalne? Że na moim wspomnieniu jesteś ty.
Zszokowałam go,
mocno.
-Obiecałam sobie, że
nigdy nie dam Ci umrzeć. Nigdy. - widać było, że chciał coś
zrobić.
Przez resztę drogi,
rozmawialiśmy na proste tematy. Ulubiony kolor, ulubiony kwiat, i
tym podobne. Wreszcie kiedy dojechaliśmy, powoli zapadał zmrok.
Usiadłam w siadzie
skrzyżnym przed kamieniem i powiedziałam:
-Co Nikodem, patrz, jest lipiec a ja już tutaj. Widzisz tego za mną? - tu nagle poczułam jak coś zimnego przeszyło moje ramię. - To Polska, pamiętasz? Opowiadałam Ci dużo o nim. Dobrze kombinujesz, o niego walczyliśmy. O ile ja bym dała, byś tu znowu był. Feliks?
-Co Nikodem, patrz, jest lipiec a ja już tutaj. Widzisz tego za mną? - tu nagle poczułam jak coś zimnego przeszyło moje ramię. - To Polska, pamiętasz? Opowiadałam Ci dużo o nim. Dobrze kombinujesz, o niego walczyliśmy. O ile ja bym dała, byś tu znowu był. Feliks?
-Hm?
-Wiem, że to wygląda
jakbym zwariowała, ale to naprawdę pomaga. Uwierz mi - czułam jak
oczy mi się zaszkliły. - Wiesz co Nikuś? Pół Europy u mnie
zamieszkało! Tak, Litwa też. Wiesz, że ten worek gnoju w skórze,
Niemcy chciał wejść? Razem z Prusami, Austrią i Rosją. Ale
wyszli, zanim cokolwiek im zrobiłam. Pamiętasz, jak rzuciłeś
kamieniem w Prusy i on zemdlał? Słaby jest co?
Gadałam do kamienia
czując, że Polska patrzy się na mnie dziwnym wzrokiem. Po jakimś
czasie usiadł obok mnie, milcząc. Posiedziałam w ciszy jeszcze
trochę, po czym wstałam i się otrzepałam. Widząc, że Feliks to
powtórzył, powiedziałam:
-Do zobaczenia,
Nikodem. Przyjadę w grudniu – po czym odwróciłam się i ruszyłam
w kierunku samochodu.
-Feliks?
-Hm?
-Idziemy na piwo? -
rzuciłam propozycje i uruchomiłam silnik.
-Piwo? Czy ty
przypadkiem nie będziesz jechać w drogę powrotną?
-Proszę Cię, jestem
na Litwie, muszę chociaż jedną butelkę piwa wypić. Moje
ulubione, nie daj się prosić!
-Tylko jedno –
odrzekł hardo, ale wiedziałam, że on wypije więcej.
Poszliśmy do
najbliższego baru i zajęliśmy miejsca gdzieś z tyłu. Gdy kelner
przyniósł piwo, wpatrywaliśmy się sobie w oczy. Mówiły to
samo:”Kto szybciej wypije, ten wygrywa!”. Pochwyciliśmy nasze
kufle w dłonie i po chichu odliczyliśmy do trzech, po czym
zaczęliśmy pić. Kilka łyków i moja szklanka była pusta.
Spojrzałam na niego, remis.
-Jeszcze jedno? - sam
zaproponował.
-Ja nie mogę, sam
mówiłeś – opierałam się.
-Oj proszę! Jesteś
Polką! Jedno piwo w tą czy w tą nic Ci nie zrobi! - próbował
mnie przekonać, ale wpadłam na pewien pomysł.
-Ok, ale za to zrobimy
mały zakładzik – uśmiechnęłam się na samą myśl.
Spojrzał na mnie z
tajemniczą miną, po czym krótko przytaknął.
-Przez cały tydzień
nie wypowiesz ani razu słów: „totalnie” i „generalnie”
-Jeśli powiem to co?
-Przez tydzień
będziesz chodził w garniturze i mówił poprzez karteczki. Czyli
będziesz przez tydzień milczał – uśmiechnęłam się jak
pokerzysta po dużej wygranej.
-Jeśli wygram to przez
tydzień będziesz chodziła w koronkowych, albo ludowych sukienkach
i będziesz mówiła do mnie „braciszku Polsko” – wykonał ten
sam uśmiech, w sumie to nie było to dla mnie zbyt dużym
wyzwaniem, ale musiałam udawać.
Patrzeliśmy na siebie
przez krótką chwilę, po czym ścisnęliśmy sobie dłonie i
zamówiliśmy drugie piwo. Reszta wieczoru minęła w spokoju na
typowej gadce-szmatce. W drodze powrotnej Feliks zasnął na szybie
samochodu, był wtedy taki słodki, że nie miałam serca go budzić.
Więc zrobiłam mu zdjęcie i go obudziłam już na mojej posesji.
Nawet się nie spodziewa mojej broni ostatecznej, zdjęcia śpiącego
Feliksa!
Mruknął coś
niewyraźnie i powoli otwierał oczy. Przybierając minę obrażonego
dzieciaka powoli wyszedł z samochodu i doczołgał się do drzwi
walcząc z sennością. Specjalnie szłam za nim, by potem z niego
się ponabijać.
Jak tylko otworzył
drzwi zauważyłam zmartwioną twarz Hiszpanii. Albo zabrakło
pomidorów, albo Romano jest w niebezpieczeństwie.
Niestety moje
podejrzenia były słuszne. Na mojej kanapie siedział Turcja.
-Czego chcesz? -
warknęłam na niego.
-Ja? Tego co zawsze.
Oddajcie mi Włochy – uśmiechnął się tak jakby zabierał
dziecku lizaka.
Roześmiałam mu się
w twarz.
-Jesteś taki głupi?
Ja nie wierzę! Chcesz powtórki z Wiednia? - mówiłam przez śmiech.
-To może mała bitwa?
Na szable? Jeżeli trzy razy mnie pokonasz to odejdę z niczym. Co ty
na to? - był taki pewny siebie, jakby myślał, że mnie pokona.
-Jeśli cztery razy
wygram, to przeprosisz Hiszpanię za wywoływanie niepotrzebnej
wojny, jasne? - już zdążyłam opanować śmiech.
Niestety, on był
przygotowany. Natychmiast wyciągnął schowaną szablę i zaczął
wywijać mi ją przed nosem. Przewidziałam to, i zanim się
spostrzegł, byłam już w piwnicy przerzucając moje miecze w
poszukiwaniu szabli.
Wreszcie znalazłam
moją ulubioną. Tą którą, walczyłam pod Wiedniem. Całą czarną
z rękojeścią wysadzaną małymi rubinami.
Cicho jak ninja,
wynurzyłam się z piwnicy obserwując wroga. Na szczęście, nacje
pochowały się w pokojach, więc mogłam spokojnie polować.
Stanęłam z wyciągniętą szablą za jego plecami tak, że kiedy
się odwrócił, miał ją na szyi.
-Punkt dla mnie –
rzuciłam mu w twarz.
Rozzłościł się
mocno. Wymachiwał swoją bronią na prawo i lewo. Oczywiście
skutecznie broniłam jego ataki, jednocześnie analizując jego
taktykę. Przybrał chyba najgorszą, „Najlepszą obroną jest
atak”. Machał bezsensownie bronią przed moim nosem, odsłaniając
tym działaniem boki.
Poprzez odkrycie jego
słabego punktu, miałam nad nim przewagę. Szybko dobiłam do trzech
punktów. Uśmiechałam się pod nosem, gdy zaczęło się ostatnie
starcie. Po kilku pojedynkach opadł już z sił, co pozwoliło mi go
w miarę szybko pokonać.
W końcu potknął się
i upadł na plecy, jednak szybko się dźwignął, jednak ja go
prześcignęłam. Umieściłam czubek mojej szabli na jego nosie
mówiąc:
-I co? Jak to jest
przegrać z dziewczyną?
Grymas wykrzywił jego
twarz, kiedy opuszczałam.
-Romano! Antonio!
Chodźcie na chwilkę! - zawołałam, i już po chwili usłyszałam
typowe „jełopie!”.
Najpierw wszedł
Hiszpania, oczywiście uśmiechnięty, wlokąc za sobą Romano. Ten
drugi trochę zbladł, gdy zobaczył Turcję.
-No..to ten.... -
zaczął przegrany, ale nie mógł wykrztusić o co chodzi, więc
dostał pięścią w plecy. - Przepraszam! Przepraszam! - krzyczał
turlając się na ziemi.
-Niesamowite! Jak ty go
do tego zmusiłaś? - ekscytował się Hiszpania.
-Moja tajemnica –
uśmiechnęłam się złowieszczo. - Koniec tego dobrego, wyjazd z
mojego domu póki się nie zdenerwowałam – rzuciłam na Turcję i
chwyciłam go za płaszcz, pomagając wstać.
Mimo, że próbował
to ukryć, bał się mnie. Jednak zatrzasnęłam drzwi jak tylko
wyszedł. Mrucząc pod nosem, wróciłam do salonu rzucając się na
kanapę.
Po kilku minutach
bezsensownego przerzucania kanałów, dałam za wygraną i poszłam
spać.
Klasycznie ułożyłam
się na samym środku gigantycznego łóżka tuląc biało-czerwoną
poduchę. Jednak dziś nie mogłam spać na mojej ulubionej poduszce
w kolorach Litwy. Wszystkie moje poduszki, a miałam ich naprawdę
dużo, były moimi małymi flagami różnych państw. Położyłam
głowę na każdej z nic i stwierdziłam, że najwygodniej leży mi
się na poduszce Wielkiej Brytanii. Po kilku minutach przewracania
się z boku na bok postanowiłam wstać na kubek ciepłej herbaty. Z
przyzwyczajenia wzięłam poduszkę na której spałam. Spojrzałam
przez jedyne okno w moim pokoju. Już świtało, ale ptaki jeszcze
nie ćwierkotały.
Po wypiciu herbaty
zasnęłam od razu.
