środa, 19 czerwca 2013

Czasami jest naprawdę trudno...

Czasami jest naprawdę trudno...

Weszłam do domu, by pokazać im, że teraz jestem spokojna. Przypomniałam sobie, że mam na sobie piżamę, ale nie przeszkadzało mi to. Rozsiadłam się w fotelu wygodnie niczym królowa na tronie.
-Twoje oczy – Italia jako jedyny śmiał się odezwać.
Podeszłam do najbliższego lustra. Faktycznie zwykle zielone oczy, takie same jak oczy Feliksa miały tym razem zabarwienie czerwone.
Szybkim krokiem wróciłam na mój fotel ukrywając przy tym moje zdezorientowanie.
-Siadajcie, spokojnie na dziś mój limit brutalności się wyczerpał – widać było, że nie wszyscy byli co do tego przekonani.
Italia oczywiście nie dał się dwa razy prosić, od razu wskoczył na moje kolana pomijając fakt, że teraz był od mnie wyższy. Inne nacje powinna zaskoczyć ta nieoczekiwana zmiana zachowania Italii, jednak to było za dużo dla nich. Po prostu usiedli i patrzyli czekając na wyjaśnienia.
-Czyli...chcecie tu zamieszkać? - starałam się przybrać najbardziej opiekuńczy ton głosu
-Tak, jeśli Ci to nie przeszkadza – powiedział przymilnym głosem Ameryka
-Jasne, czemu nie – wzruszyłam ramionami – Jednak nie zapominajcie, że to mój dom i macie się słuchać moich zasad. Jeśli ją złamiecie, czeka was kara. Odpowiednia dla każdego kraju.
-To źnaci? - odpowiedział Chiny.
-Musicie słuchać się moich zasad i wypełniać moich rozkazów. Zrozumiano? -
    spojrzałam na każdego po kolei: Japonię, Anglię, Francję, Chiny, Litwę, Polskę, Szwajcarię, Liechtenstein, Węgry, Ukrainę, Białoruś, Hiszpanię, Romano, Amerykę, Kanadę, Włochy, Łotwę i Estonię.
    - Po pierwsze: W moim domu kraje dzielą się na dwie grupy. Jedna pięcioosobowa a druga trzynastoosobowa. Grupa mniej liczna to: Polska, Litwa, Kanada, Węgry i Italia. Oni mają tu specjalne przywileje i obowiązki. Nie wolno ich obrażać czy ranić. Zrozumiano? - wszyscy przytaknęli – reszta może wylecieć stąd w każdej chwili. Druga sprawa: pokoje, zaraz was przydzielę do odpowiednich pokoi i na drzwiach które nie mogą być otwierane, narysuję „X”. Na strych i do piwnicy NIE WOLNO wejść. Reszta pomieszczeń jest do waszej dyspozycji. Oczywiście do mojego pokoju kompletny zakaz wejścia. Pytania?
    -Kim jesteś? - spytał się Estonia.
      Uśmiechnęłam się nerwowo, nie lubiłam się przedstawiać. Miałam wtedy wrażenie, że to szpiedzy od wrogów, którzy chcą mnie zabić. Eh, te przyzwyczajenia z wojny.
      -Jestem Nikol, nazwisk mam dużo, więc nie mogę wam podać jednego. Ktoś inny?
      -Ile masz lat i skąd znasz Włochy? - następny głos zabrał Francja.
    -Nie mogę wam powiedzieć ile mam lat, bo sama nie wiem. Wskazówką może być tylko to, że biorę udział w każdej polskiej walce od 1410. Chibiliano poznałam jak zaczął pracować na dworze Austrii.
    -Ciociu Nico mówiłem, że nie lubię nazwy Chibiliano! - oburzył się Italia na moich kolanach.
    -Wiem, ale byłeś wtedy taki malutki! - chwyciłam policzki w palce i wykonałam typowe „puci, puci”. - Już piętnasta, Italia idź się zdrzemnąć obudzę Cię za godzinę.
    -Ale ja chcę posłuchać! - wszyscy wpatrywali się w nas tępo.
-Italia – zmroziłam go wzrokiem, spuścił głowę i udał się do jego sypialni.
Nawet nie wiem, jaką wziął. Zna ten dom dobrze, był już wszędzie nawet w moim pokoju. Tylko on jeden, nikt więcej.
-Dlaczego wyrzuciłaś tamtych z domu? - spytał się Romano.
-Czy ty mnie wtedy słuchałeś? Jestem Polką, sześć razy amputowali mi prawą rękę, lewą tylko cztery – patrzyłam na niego karcącym wzrokiem.
-Jakim cudem straciłaś tyle razy ręce i wciąż je masz? - mocno zszokowany wykrztusił Łotwa.
-Każdy zadaje mi to pytanie. Otóż już tłumaczę. Od początku kariery wojskowej ludzie mówią, że jestem żołnierzem idealnym. Tylko na plecach i brzuchu zachowują się blizny  a moje kończyny zrastają się w dość szybkim tempie. Nawet nie potrzebuję rehabilitacji, to zawsze mnie cieszyło podczas wojen. Niestety leje się wtedy mnóstwo krwi. Na szczęście nie odbija się to na moim zdrowiu
-Skoro jesteś takim dobrym żołnierzem, to dlaczego żadna z kronik nie mówi o tobie? Jakbyś nigdy nie istniała – odpyskował mi Anglia.
-Nie przedstawiałam się nigdy nikomu, albo używałam fałszywych nazwisk. Jeśli już to wymazywałam z wszystkich kronik i pamiętników moje imiona i nazwiska. I nie dawałam się fotografować. Co byś zrobił gdybyś zobaczył nazwisko jednej osoby na przestrzeni sześciuset lat? - nie podobała mu się moja odpowiedź.
Przypomniałam sobie, że ostatnio rysowałam coś na większym formacie. Podeszłam do najbliżej komody i wyciągnęłam blok techniczny w formacie A3 i czarny marker. Następnie rozpisałam pary, które będą mieszkać razem w pokojach:
Anglia
-
Francja
Chiny
Polska
Litwa
Szwajcaria
Liechtenstein
Węgry
Ukraina
Białoruś
-
Japonia
Włochy
Hiszpania
Romano
Ameryka
Kanada
Łotwa
Estonia
Owszem Anglia i Białoruś nie miały pary do pokoju, ale Anglia nie potrafi się z nikim nie kłócić. A Białorusi za bardzo się boją. Sądzę, że ona sama też woli mieć swój własny pokój.
-Pytania?
-Ciemu ja mam pokóji z Francia? - zapytał się Chiny.
-Tylko ty masz siłę na niego tak wrzasnąć, żeby Ci nie odpyskował – widziałam, że Francja się trochę oburzył. - Więc przejdźmy do zasady numer trzy. Tutaj możecie ubierać się jak chcecie, ale tylko jak wychodzicie. Macie. Się. Ubierać. Jak. Ludzie. - cedziłam ostatnie słowa, by zrozumieli, że paradowanie w mundurach nie wchodziło w rachubę.
-Wiem też, że nie macie zbyt dużo normalnych ubrań, albo nie macie ich wcale, więc jutro jadę do miasta na zakupy. Jadę wam kupić ubrania.
-Czy będę musiał za to zapłacić? - wtrącił się Szwajcaria.
-Nie, niektórzy ludzie robią takie rzeczy b-e-z-i-n-t-e-r-e-s-o-w-n-i-e, zapamiętaj, że coś takie istnieje. - rzuciłam mu lekceważąco. - teraz wybaczcie, idę spać.
Po czym zostawiłam ich powracając do pokoju, świetnie ma tylko pół godziny, potem muszę obudzić Italię. Jak wcześniej podejrzewając spał w moim łóżku, a ubrania miał porozrzucane po całym pokoju. Jako iż ja sama tak robiłam, nie składałam mu rzeczy. Tylko wślizgnęłam się do łóżka przymykając powieki i znowu diabeł w plastikowej szacie zaczął wygrywać swój morderczy hejnał.
-Italia wstawaj! - ten odmruknął coś w odpowiedzi – Serio wstawiaj, bo Cię stąd wywalę. Rusz się, mi się też nie chcę.
Moje poszturchiwania doczekały się tylko pomruków z jego strony. W końcu użyłam broni ostatecznej zabrałam mu pierzynę. Tym razem reakcja była natychmiastowa, wstał i zaczął się trząść z zimna. Rzuciłam mu jego mundur i wyszłam z pokoju. Na dziś miałam zaplanowane tylko sprzątanie ogrodu, czyli nic. Nie opłacało mi się wstawać.
Doczłapałam się do kuchni i otworzyłam lodówkę. Spoglądając krytycznie na prawie puste pułki stwierdziłam, że muszę też zajść do jakiegoś supermarketu. Pijąc resztkę soku z pomarańczy rzuciłam się na kanapę. Nie widziałam jeszcze żadnego z krajów. Czyżby siedzieli cicho w swoich pokojach?
W tym momencie do pokoju wszedł Ameryka ze swoim firmowym uśmiechem.
-Ameryko? Mógłbyś mnie trochę pouczyć angielskiego? - posłałam mu najpiękniejszy ze swoich uśmiechów.
Widać, że go trochę zaskoczyło, na szczęście pozytywnie.
-Hej, hej, hej! Czemu on ma cię uczyć angielskiego a nie ja?! - z korytarza dobiegł głos Anglii.
-Bez spiny Iggy! Otóż tłumaczę. W dzisiejszych czasach bez angielskiego jesteś nikim, jednakowoż brytyjski akcent który posiadasz ty, nie jest tak powszechny jak akcent amerykański, który posiada tu obecny Alfred. Równocześnie ja sama, mam akcent czysto kalifornijski, na tyle mocy, że ludzie myślą iż ja pochodzę z Ameryki. Co jak już wicie, jest nieprawdą. Pytania?
-Skąd znasz moje imię?
-Wiem o was więcej niż wam się wydaje – odparłam tajemniczo.
Spojrzałam na zegarek, 16:40. Przypomniało mi się, że byłam umówiona na wywiad do gazety, na siedemnastą. Zeskoczyłam jak oparzona z kanapy i zaczęłam biegać po domu jak opętana biorąc wszystkie potrzebne rzeczy. Ubrałam, umalowałam i przygotowałam się w niecałe pięć minut. Rzucając kluczykami w Polskę wrzasnęłam:
-Teraz ty tu rządzisz, nie niszczcie niczego! - i już mnie nie było.
Jadąc moim sportowym włoskim Ferrari, rozpędzałam się coraz bardziej, nie patrząc na przepisy. Zaparkowałam blisko wejścia i znowu spojrzałam na zegarek. Niezły czas, 16:57. Pokonałam ostatnie schodki do budynku i ujrzałam miłą panią redaktor, która chciała ze mną poprowadzić wywiad.
-Jak miło, że jest pani przed czasem. Czy mogę zaproponować kawę? - jej trochę skrzekliwy głos ranił me uczy, ale nie pokazałam tego.
Siedziałyśmy w kawiarni, wyglądając na dobre przyjaciółki. Przez resztę wywiadu sztucznie się uśmiechałam, ale widać było, że się na to nabrała. Po spotkaniu udałam się do supermarketu. Specjalnie biorąc podwójny zapas paluszków dla mnie i Feliksa. Żeby żaden z krajów nie poczuł się pokrzywdzony wzięłam ulubioną przekąskę dla każdego z nich.
Jadąc już o wiele spokojniej nabierałam przeczucia, że w moim domu nie jest do końca w porządku. Nie myliłam się.
Zamiast spokojnej i tajemniczej rezydencji w środku lasu, zastałam głośną i zagraconą posesję. Kraje najwidoczniej postanowiły urządzić sobie imprezę w ogródku. Nie miała im tego za złe. Muszą odreagować stres. Zaparkowałam auto wyjątkowo przed posesją i ruszyłam w kierunku domu.
Drogę zagrodził mi nieduży jednorożec tak biały, że aż raził w oczy.
-What the fuck is it?! - wrzasnęłam tak, że wszyscy się odwrócili.
-Ale co? - odparł ostrożnie Hiszpania.
-No to! To to coś co przed mną stoi! Jakiś kucyk! - zaczęłam strasznie gestykulować rękami.
-Czyli ty też go widzisz? - spytał zaszokowany Anglia.
-A co? Oni nie?
-Tylko Norwegia, ale go tu nie ma
-Ok, Robi się coraz dziwniej – zaczęłam się sztucznie uśmiechać, czyli robiłam co zawsze z takich sytuacjach.
Anglia jak zaczarowany podszedł do jednorożca pogłaskał go pod brodą i zachęcił mnie do powtórzenia działania. To musiało wyglądać naprawdę dziwnie. Dwójka ludzi głaszcząca niewidzialne zwierzę. Nice. Anglia był nim tak oczarowany, że nie zauważył jak odchodziłam. Italia jak zwykle mnie przytulił, tym razem na powitanie. Lubiłam jego uściski, on jako jedyny nigdy mnie nie zdradził. Nigdy nie wydał w ręce wroga.
Znowu zamigotały mi przed oczami sceny z wojny. Krew, ból i łzy. Automatycznie się otrząsnęłam. Było minęło, muszę zapamiętać coś dobrego z tego życia. Wchodząc do domu spojrzałam kątem oka na kalendarz. Trzynasty lipiec. Jutro są urodziny Francji, muszę coś dla niego zrobić. Tylko dla przykładu, że Polacy mimo złości są gotowi do radości.
Wślizgnęłam się do mojego ciepłego łóżka i nastawiłam budzik na trzecią nad ranem. Natychmiast zapadłam w głęboki sen.
Wynalazek diabła bezczelnie zakończył mój piękny sen, ale mus to mus. Cicho jak myszka zabrałam się do robienia ciasta. Na moje szczęście zwykle mam wszystkie składniki. Nikt mi nie przeszkadzał, wszyscy spali jak zabici. Miło. Zrobiłam duży tort śmietankowy wyglądający jak wielka fraga Francji otulona różami z cukru. Moim skromnym zdaniem wyszedł nieźle. Chciałam jeszcze coś dodać, ale nie miałam pomysłów.
Znowu spojrzałam na zegarek, siódma. Można go obudzić. Przeniosłam tort z blatu na wcześniej przygotowany wózek. Doszłam do jego pokoju i delikatnie zapukałam. Zero reakcji, powolutku otworzyłam drzwi i wślizgnęłam się do pomieszczenia. Francja spał z błogim uśmiechem na twarzy, a Chiny z ściągniętymi brwiami, jakby się nad czymś zastanawiał.
Szybko przypomniałam sobie słowa francuskiej wersji „Sto lat!” co było proste, bo umiałam francuski. Nie chciałam się tylko do tego przyznawać. Najpierw cichutko a potem już normalnie zaczęłam śpiewać, zawsze mi mówiono, że mam ładny głos i powinnam robić karierę muzyczną. Jednak rozbudziłam Francję na tyle by móc mu złożyć życzenia.
-Joyeux anniversaire! (Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin) – obdarzyłam go najpiękniejszym ze swoich uśmiechów.
-To ty znasz mój język? - spytał trochę zszokowany.
-Bien sûr! (Oczywiście) – wyjaśniłam mu, że w szesnastym wieku się go nauczyłam.
Przysiadłam na łóżku i pokroiłam tort. Widać mu smakował, bo wziął cztery porcje. W międzyczasie rozmawialiśmy po francusku. W sumie to o niczym. Gdy wybiła dziewiąta, pożegnałam go i poszłam do siebie na ostatnią chwilę snu. Niestety, już sięgałam po klamkę, by otworzyć drzwi..
-Ciociu Nico! Nico - Neko! - krzyknął Feliciano po czym zwisł mi na plecach jak małpka.
-Co chcesz na śniadanie?
-Pastę! - nie spodziewałam się innej odpowiedzi.
Idąc do kuchni z Włochami na plecach musiałam wyglądać co najmniej dziwnie. Usmażyłam mnóstwo jajek i złożyłam je na wielkiej tacy. Niosąc tacę zauważyłam, że Chibiliano jeszcze nie zeskoczył z moich pleców. Położyłam półmisek na środku długiego stołu, przygotowałam talerze i sztućce, po czym usiadłam na jednym z miejsc i zaczęłam liczyć czas. C
Pięćdziesiąt sekund, przychodzą kraje bałtyckie z Polską.
Minuta, pojawiają się Alianci.
Minuta, dwadzieścia dochodzą wszyscy inni.
-Minuta trzydzieści dwa, tyle wam zajęło zgromadzenie się tutaj – ciszę rozdarł mój głos. - Smacznego – na zachętę wzięłam jedno jajko na swój talerz.
Zaczęła się istna bitwa. Każdy chciał jajko przed innymi, postanowiłam tym razem nie interweniować. Co ja się tam będę pchać? Niech się sami zabijają. Powoli delektowałam się moim śniadaniem patrząc jak Anglia kłóci się z Francją. Po co oni usiedli po przeciwnych stronach? Po obelgach zaczęli w siebie rzucać jedzeniem. To było już za dużo.
-Natalio? Czy mogłabyś ich uspokoić? - zwróciłam się do Białorusi.
Skinęła na mnie i rzuciła nożami w ramiona wiecznych wrogów. Anglia złapał trzon w ostatniej chwili, ale Francja już nie zdążył.
-Pogratulować cela – rzuciłam w jej stronę po czym wyciągnęłam Francję do łazienki by opatrzyć ranę.
-Było się kłócić? Zostać rannym w swoje urodziny! Cóż za lekkomyślność – rzuciłam po francusku.
Przysiadł na wannie z miną obrażonego dziecka. Opatrywałam mu rany i marudziłam trochę pod nosem, oczywiście po francusku, żeby rozumiał. Na jego ramieniu zauważyłam wiele blin. W końcu bije się od wieków z Anglią, to zrozumiałe.
-Już! Teraz nie możesz tylko wykonywać nagłych ruchów po Ci rana wybuchnie, rozumiesz? - spytałam się najmilszym głosem na jaki było mnie stać.
-Tak, tak, już mogę iść? - przytaknął po czym nie czekając na odpowiedź wyszedł pośpiesznym krokiem.
Przypomniałam sobie o wczorajszej obietnicy zakupu ubrań. Tym razem o wiele spokojniej przygotowałam się do wyjścia, jednak ponowiłam swój ruch z wczoraj rzucając kluczami w Feliksa i mówiąc:
-Teraz ty tu rządzisz, nie niszczcie niczego! - i już mnie nie było, tym razem nie był tak mocno zaszokowany.
Przekraczając ponad dwukrotnie dozwoloną prędkość, po prostu prosiłam się o mandat. Jedak nikt mnie nie zatrzymał, chyba marka mojego samochodu, z którego na marginesie jestem strasznie dumna, odstraszyła ich tak, że nie chcieli tego robić.
Spędziłam dobre dwie godziny szukając odpowiednich części garderoby. Biorąc pod uwagę kulturę, upodobania i gusty. Dla siebie kupiłam tylko jedną parę okularów przeciwsłonecznych. Obiecałam sobie, że nigdy więcej sama nie pojadę na zakupy sama. Nie mogąc się powstrzymać zaszłam też do sklepu elektronicznego i kupiłam rzutnik z przenośnym ekranem. Postanowiłam, że urządzę w domu małe kino. Zaskoczę ich tym działaniem, ale chcę, żeby z mojego domu wynieśli chociaż kilka dobrych wspomnień. Nie tylko wspomnienie morderczej dziewczyny sądzącej, że jest lepsza od innych. Z miejsca się zasępiłam, nie chciałam, by mnie taką zapamiętano. Chciałam, żeby pamiętali mnie tak jak Chibiliano, miłą i opiekuńczą ciocię. Zawsze mi takiej osoby brakowało, dlatego chcę, by nikt nie musiał przez to przechodzić.
Zaparkowałam w garażu za domem, którego nie widać od frontu. Nosem czułam, że w środku czeka mnie miła niespodzianka. I się nie myliłam.
Już jak weszłam do domu powitał mnie słodki zapach naleśników z syropem klonowym, tylko Kanada takie robi. Na stole w jadalni leżał obrus z zszytych małych flag wszystkich państw, które były podpisane. Jakbym o kimś zapomniała.
-Oh my.... - wykrztusiłam i rzuciłam torby z zakupami na podłogę.
Od razu, jak moża było to przewidzieć, Włochy rzucił mi się na szyję.
-A z jakiej to okazji? - powiedziałam do zebranych, byli wszyscy.
-Chcemy, żebyś nas nie zapomniała! - odpowiedział mały Łotwa.
-O was nigdy – po czym przytuliłam najmłodszego Bałta.
-Ja mam dla was prezenty! - rozdałam każdemu jego torbę, na szczęście podobały im się ich nowe ubrania. Szczególnie Anglii, kurtka z wielką brytyjską flagą na plecach.

Do wieczora siedzieliśmy przy stole i opowiadaliśmy sobie śmieszne historię. Wyglądaliśmy jak naprawdę duża rodzina. Podczas naszego „posiedzenia” ustaliliśmy, że najlepiej będzie jak co dwa dni będę wyjeżdżać z jakimś krajem na wycieczkę. A raz w miesiącu wszyscy będziemy gdzieś jeździć.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz