piątek, 14 czerwca 2013

Początek Oczami Feliksa

Początek
Oczami Feliksa

Kłótnia trwała zażarcie. Wszyscy coś robili, nawet Kanada. Wszyscy oprócz mnie. Siedziałem cicho z rękoma ściśniętymi w pięści. Tylko ja.
Reszta zrzucała na mnie dziwne spojrzenia. Zwykle gadam więcej niż oni razem wzięci, ale dziś tylko się przywitałem. Nie zabrałem głosu w żadnej ze spraw. Czułem, że Litwa będzie chciał ze mną o tym porozmawiać.
Ja nie chciałem z nim rozmawiać. W sumie to z nikim nie chciałem. Ja po prostu czułem, że niedługo stanie się coś niespodziewanego. Coś co zaszkodzi nam wszystkim. Niektórym naprawdę tego życzyłem, ale nikomu tego nie powiedziałem nawet Lici.
Nawet się nie spostrzegłem, a konferencja się skończyła. Nawet nie wiem o czym była. Pewnie coś o budowaniu nowego lepszego świata po wojnie. O wojnie z winy Niemiec i Rosji. Nienawidziłem ich z całego serca. Tak samo jak Prus. Ten typek nawet nie jest już państwem, dlaczego on żyje? Tego to nikt nie wiedział.
Westchnąłem ciężko i wstałem, znowu muszę zacząć grać dzieciaka. Powoli już zaczynało mnie to męczyć , ale sam wybrałem sobie taki kierunek życia. Nie mogę narzekać. Nie teraz.
Jakoś zdołałem wyślizgnąć się sprzed rąk Litwy. Po raz pierwszy mnogość korytarzy w domu Francji na coś się przydała. Teraz czeka mnie tułaczka z Paryża do domu. Po prostu świetnie.
Nim ktokolwiek zobaczył, że wychodzę już siedząc na koniu pędziłem w stronę domu. Zatopiony w myślach, nie kierowałem zbyt uważnie, ale na szczęście mam talent do jeździectwa, więc wszystko robiłem bez namysłu. Jak wtedy kiedy chodzisz jedną ścieżką milion razy i znasz każdy jej fragment na pamięć.
Nie spodziewałem się tego co zobaczyłem. Nie byłem psychicznie nastawiony do tego. Mój dom. Mój piękny dom, tyle razy zniszczony, tyle razy odbudowywany, stał w płomieniach. Niewiele myśląc zeskoczyłem z konia i wbiegłem prosto w płomienie.
Czułem jak lizały moje ciało, jak otwierały moje blizny. Nie dbałem o to, pobiegłem na sam środek i upadłem na kolana. Zacząłem płakać. Sam z siebie, płakałem jak bóbr, jednak trochę się uśmiechałem. Mimo, że moja sytuacja była beznadziejna zacząłem się śmiać płacząc jednocześnie. W pewnym momencie zemdlałem. Obudziłem się dopiero w środku nocy, bity przez Litwę w policzki.
-Ała! Co ty robisz?! - krzyknąłem na niego tak, że nawet ja się zdziwiłem.
-P-przepraszam, chciałem Cię tylko obudzić
Spojrzałem dookoła. Z mojego cudownego drewnianego domku w środku lasu zostały tylko gruzy. Kilka najbliższych drzew także ucierpiały na skutek pożaru.
-Czego chcesz? - warknąłem próbując ukryć mój smutek po kolejnej utracie domu.
-Przyjechałem po ciebie, mamy jechać na kolejne spotkanie
-Znowu? O co tym razem chodzi?
-Jak to „znowu”? Ostatnia konferencja była tydzień temu i ty na niej nie byłeś!
-Przecież byłem, tylko zwiałem totalnie szybko zanim ktoś ogarnął, że idę.
Świetnie, tylko mi nie mówcie, że zasnąłem na dwa tygodnie! Przecież to totalnie niemożliwe!
Lekko spanikowany spojrzałem na Litwę. Patrzył się na mnie tym swoim opiekuńczym wzrokiem. To jedno spojrzenie mówiło wszystko:
-Martwię się o ciebie – wspaniale, bierze mnie na litość, chce wszystko od mnie wyciągnąć.
-Po co? U mnie jest totalnie w porządku – po tych słowach posłałem mu mój uśmiech pod tytułem: „Nie-gdajmy-o-tym”, ale wiedziałem, że go nie przekonałem.
-Stary, to nie ja leżałem w ruinach swojego domu przez dwa tygodnie bez znaku życia! - zdziwiłem się on nigdy nie powiedział do mnie „stary”.
Zamyśliłem się trochę. Jednak znowu mnie szturchnął.
-Ej! Mówię do ciebie! Nie odlatuj mi tu! Naprawdę...Co się z tobą dzieje?!
Krzyczał na mnie. Naprawdę podniósł głos. Mógł się o mnie zamartwiać. Jednak przypomniało mi się jak on zachowywał się inaczej niż zwykle. Było to koło roku 1410, ale wtedy trochę powalczyliśmy z tym debilem Prusy i musiał zostać moim lennikiem. To Lici poprawiło humor. Poniżanie innych, zawsze działało na złe samopoczucie. Jednak teraz, po Drugiej Wojnie Światowej nie możemy walczyć. Życie w pokoju i takie tam. Muszę teraz mieć jakiś cel! Dostałem naprawdę mocnego kopniaka w twarz.
-Ała! Cholera jasna, Toris! Co ty odwalasz?!
-Słuchaj jak do ciebie mówię! A od kiedy mi mówisz po imieniu?! - mocno się wkurzył, takiej furii nie widziałem u niego nigdy.
-Przepraszam, Litwo. Nie powinienem tak się zachowywać w stosunku do Ciebie
Zaskoczyłem go, po raz pierwszy pokazałem komuś prawdziwego mnie, bez maski dziecka.
-Naprawdę mnie zaskakujesz ostatnio. Może jeszcze mi powiesz, że nie jesz paluszków?
-A masz? - w sprawie paluszków nie mogę dorosnąć .
-Choć na tą konferencję, a kupię ci dwie paczki.
-Obiecujesz?
-Tak, obiecuję – uśmiechnął się do mnie z ulgą.
Kiedy tylko usadowił się dobrze na koniu ruszył galopem. Nie puszę mu tego płazem. Od razu zacząłem się z nim ścigać, nie wolno szarpać mojego honoru. Nigdy. Doskonale o tym wiedział i wykorzystywał, by mnie rozweselić.
Nie spostrzegłem się, gdy dojechaliśmy na miejsce konferencji. Dom Niemiec. Chciałem stąd uciec, nie ważne co by pomyśleli o mnie inni, ale ze względu na paluszkową obietnicę Litwy zostałem. Mimo, że będę tam tylko fizycznie. Zrobię to tylko dla Litwy.
Automatycznie wzdrygnąłem na wspomnienia, które wróciły do mnie po przekroczeniu progu. Ostatni raz kiedy tu byłem, siedziałem trzy dni bez wody i jedzenia w podziemiu. Natychmiast zapiekły mnie blizny po tamtych torturach. Musiałem się im przeciwstawić. Musiałem być silny, dla przykładu, dla Litwy, dla samego siebie.
Litwa szedł przed mną, widać było w jego kroku, że wie dokąd iść i wcale mu się to nie uśmiecha. Pewnie przez wzgląd na mnie. Szedłem za nim bez namysłu, duchowo będąc gdzieś indziej. Zatrzymał się, ale tego nie zauważyłem , więc wpadłem na niego, co sprowadziło mnie na ziemię.
Drzwi się otworzyły i wyszedł Niemiec w tym samym mundurze, który miał na sobie podczas torturowania mnie. Tego było za wiele. Odwróciłem się na pięcie i ruszyłem biegiem w kierunku drzwi. Wypadłem z tego domu koszmarów i biegłem w kierunku domu. Słyszałem za mną krzyki wołające do złapania mnie, ale byłem dla nich za szybki. Czując jak gałęzie uderzają mnie w twarz, biegłem tak długo aż zobaczyłem te zgliszcza po moim domu. Przerażający widok, dla mnie był uściśnieniem tragedii.
Nie wiedząc co ze sobą zrobić, usiadłem jak rozkapryszony bachor i zamyśliłem się znowu. Mogę spędzić kilka dni u Lici, dopóki nie odbudują mi domu, ale będzie zadawał mi trudne pytania. Mogę też iść do Węgier, ale ona będzie jeszcze bardziej się martwić. Zostaje mi tylko Italia, ale on za dużo czasu spędza z tym debilem Niemcy. Moja jedyna opcja to zostanie tutaj i odbudowanie swojego domu własnoręcznie.
Zaraz po podjęciu decyzji, wstałem i ruszyłem w kierunku Warszawy. Tam na pewno dostanę jakieś materiały do budowy. Nie przeszedłem nawet stu metrów, gdy usłyszałem za sobą Litwę który mnie woła. Wyszedłem mu na spotkanie, ale płakał więc musiało się stać coś złego.
-Polsko! Nie wolno tak uciekać z konferencji! - próbował się uśmiechnąć
-Czemu płaczesz? Co się stało?
-Mój dom się spalił – stało się to czego się obawiałem.
-Czy tylko twój?
-To właśnie było tematem naszego spotkania. Wszystkim państwom się spaliły domy. Ustaliliśmy jednogłośnie, że wprowadzimy się do znajomej Włoch.
-Do znajomej Włoch?! Przecież to jest obca osoba! A jak coś się stanie? - mój lęk przed nieznajomymi się uaktywnił.
-Uspokój się, nie będzie źle, dogadasz się z nią. To Polka
Że niby ja mam zamieszkać u kogoś obcego?! Ja?!
-To totalnie niemożliwe! Nie zrobię tego!
-Zrobisz, choćbym musiał Cię tam siłą zabrać – pierwszy raz słyszałem u niego taki ton głosu.
Trochę się przeraziłem, od kilku dni Litwa nie zachowywał się normalnie. A może on też wcześniej tylko grał? Znam go już ponad pięćset lat to nie może być prawda. A może jednak? Przybrałem minę obrażonego dzieciaka odpowiednią do sytuacji.
-Wszystkie twoje rzeczy spłonęły? - spytałem się go.
-Niestety – już powstrzymał płacz.
-Choć, ja jestem na to przygotowany – ruszyłem w kierunku małej szopy, wyglądającej jak najzwyklejszy w świecie pagórek.
-Wow! Od kiedy to tu jest? - był naprawdę zdziwiony.
-Po pierwszej wojnie światowej, wykopałem tu sobie mały bunkier. Mam trochę mundurów, ale tylko polskie. Będziesz wyglądał totalnie uroczo w moich barwach! - widać było jak na dłoni, że mu się nie uśmiecha paradowanie w moim mundurze.
Bunkier był mały, więc ja wszedłem do środka i wziąłem tylko najważniejsze rzeczy. Mundury, bandaże, paluszki, mała puchata poducha i co dla mnie najbardziej znaczący album ze zdjęciami. Mimowolnie uśmiechnąłem się do wspomnień, kiedy byliśmy mali.
-Wyłaź, bo się spóźnimy! - na ziemię sprowadził mnie krzyk Litwy.
Mrucząc pod nosem wrzuciłem rzeczy na wyjazd do dwóch walizek i wyszedłem z mojej szopy. Wręczyłem Lici jedną walizkę i ruszyłem na przód.
-Nie chcę Cię martwić, ale musimy iść w tamtym kierunku – wskazał kierunek przeciwny do obranego przez mnie.
-Przecież wiem, ale sprawdzam twoją totalną orientację!
Po drodze spotkaliśmy inne państwa, które dołączały do nas. Na końcu drogi byliśmy wszyscy oprócz Italii. Nie odzywaliśmy się do siebie, a ja próbowałem zwiększyć odległość między mną, Niemcami i Rosją. Nie chcę prowokować kłótni.
-Tak, w ogóle gdzie Italia? - spytałem przy bramie do wielkiej posesji.
-On już jest na miejscu, od wczoraj – odpowiedział Ameryka.
Jak tylko przekroczyliśmy bramę, w moje oczy uderzył najpiękniejszy krajobraz jaki kiedykolwiek widziałem. A przecież jestem Polską. Nie ma ładniejszego kraju jak mój.
Kręta żwirowa droga o szerokości ledwo na jeden samochód prowadziła do fantastycznego dworku architektonicznie wyglądającego jak połączenie pałacu Tyszkiewiczów (Litwa) z moim pałacem na wodzie w Warszawie. Na prawo i lewo jak okiem sięgnąć rozciągał się piękny dębowy las. Wzdłuż ścieżki wiły się dwa małe strumyki gromadzące nadmiar wody deszczowej i pławiąc ją do małego zbiornika wodnego przy dworku nad którym przebiegał mały kamienny mostek.
Wszyscy zagwizdaliśmy z uznaniem. Tu było naprawdę pięknie. Było akurat popołudnie więc światło padało idealnie i równomiernie. Cicho podeszliśmy do drzwi i ktoś zadzwonił dzwonkiem.
Otworzyła nam całkiem ładna dziewczyna około siedemnastki, miała oczy identyczne jak moje, i włosy długie, rude. Nie była zbyt wysoka, ale za to bardzo szczupła i wyglądająca jakby wiele przeszła. Gdyby nie jej włosy, wyglądałaby podobnie do mnie.
Zanim się zorientowała o co chodzi, wszyscy wsypaliśmy się do jej domu. No prawie wszyscy. Niemcy, Prusy, Rosja i Austria nie zdążyły zagrodziła im drogę ręką.
-Macie niezły tupet tu przychodzić, i jeszcze większy, żeby bez pytania wparowywać mi do domu – miała bardzo melodyjny głos, typowej starszej siostry, ale używała takiego tonu, że można było się przerazić.
Nawet na nich nie patrzała. Od razu poczułem do niej sympatię.
-Przepraszam, ale nie wiem o co Ci chodzi – pierwszy odezwał się Niemiec
-Od kiedy jesteśmy na „ty”, skurwielu ? - nie mogłem uwierzyć, że to powiedziała. I to do Niemiec!
Ten nawet nie wiedział o co chodzi. Patrzeli na siebie zdezorientowani.
-Pójdziecie sami, czy mam wam pomóc? - nadal używała tonu mordercy - Nie wiesz o co chodzi, tępy młotku? Nie dziwie się, taki idiota jak ty ma ciasną głowę. Gdybyś miał chociaż te dwa punktu IQ dostrzegłbyś, że na prawo od moich drzwi znajduje się godło Polski, a nad drzwiami namalowałam flagę. Nie przypadkowo. Moja rodzina jest jedną z nielicznych czystokrwistych Polaków. Nie masz prawa wejść na ziemię bronioną przez nas. Więc zabieraj swój debilny zadek i uciekaj póki masz jeszcze nogi - poczułem dumę. Byłem z niej dumny, z każdym jej słowem czułem napływającą dumę. Najpierw nieśmiało się rodzącą, by za chwilę objąć całe moje serce.
Jednak tylko we mnie rozbudziła takie emocje. Poczułem, że niektórzy przestali oddychać. Wszyscy wpatrywali się w nią albo z szacunkiem albo strachem. Tylko ja miałem dumę w oczach, ale chyba tego nie zauważyła. Nagle Prusy zaczął się śmiać. To był jego błąd.
Polka nie wiadomo skąd wziętym nożem rozcięła mu gardło i rzuciła jego tchawicą w Niemca. Gilbert upadł na brzuch, więc na jego plecach narysowała znak Polski Walczącej, byłem z niej tak dumy, jak ojciec ze swojej córki podczas odbioru świadectw ze studiów. Ten gest wzbudził w moich towarzyszach jeszcze większą trwogę.
Jeśli się nie usuniesz z mojej posesji, tępaku w przeciągu pięciu minut to skończysz gorzej niż on – w duchu odetchnąłem z ulgą. Nie będę musiał mieszkać z tym sadystą! On tylko przerzucił ciało brata przez plecy i rzucił się do ucieczki.
-Austrio, nie sądzisz chyba, że Cię tu przyjmę, co? - bał się jej, to było widać.
-Z całym szacunkiem, niestety nie wiem czym ja zawiniłem
-Nie wie! - przybrała rozbawioną minę – A może przypomną Ci się daty 1683, 1772 i 1795 ?
Do mojej świadomości automatycznie przebiły się wspomnienia z tamtych lat. I ten ból po zdradzie Austrii. Jednak mogłem mu to wybaczyć, gdy patrzyłem jak ucieka z podkulonym ogonem przez Polką.
Następny był Rosja. Stanęła przed nim, co wyglądało naprawdę dziwnie przy ich różnice w wzroście. Była jednak nieustraszona.
-Dobrze wiesz, że masz uciekać, prawda?
-Wódka? - nawet na chwilę nie przestał się uśmiechać.
-Tobie też mam pomóc?
Rosja odwrócił się nieśpiesznie i nucąc pijacką piosenkę oddalał się co raz bardziej. Dziewczyna odwróciła się. Wszyscy patrzyli na nią z rosnącym szacunkiem. Ona jedna bez pomocy nikogo, nie będąc Białorusią, pogoniła Rosję! To trzeba gdzieś zapisać!
Wiedziałem na razie tylko jedno: Nastały dziwne czasy, a ja chcę im sprostać. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz