poniedziałek, 24 czerwca 2013

Gitara

Gitara

Siedzieliśmy wygodnie w moim prowizorycznym kinie w piwnicy. Były tutaj najlepsze warunki. Dźwięk idealnie się rozchodził, dzięki materiałowemu wnętrzu, światło było tylko sztuczne, a idealnie płaska ściana służyła za ekran. Całość wyglądała jak miniaturowe kino. Ponagliłam wszystkich by zajęli swoje miejsca i się wyciszyli.
Na pierwszy ogień poszedł pierwszy odcinek „Axis Power Hetalia”. Byli trochę zszokowani, że na podstawie ich życia powstało anime, ale polubili je bardzo. Jeszcze bardziej polubili jak oglądaliśmy filmiki na Youtube. Nie tylko te z Hetalii.
Przy dziesiątym odcinku spojrzałam na godzinę.
-Ups, trochę się zasiedzieliśmy już jedenasta. Do pokoi – przerwałam niezwykle pasjonujący odcinek.
-Weź! Tylko skończymy jeszcze tylko pół godziny! - Ameryka zaczął narzekać.
-To jest serial, obejrzysz później
-Ale jest o mnie! Daj chociaż mi skończyć!
-Tak, pozwolę tobie, to Iggy będzie chciał zostać potem Francja, potem reszta Aliantów i Oś, potem Bałty i cała reszta. Nie, nie, nie! Na górę, spać – nie dałam się ugiąć.
Trochę zawiedzeni, trochę zasmuceni ruszyli do wyjścia. Przeliczyłam ich, siedemnastu. Świetnie, nie ma Romano. Przeszukałam całą salę kinową. Nic. Jego pokój, nic. Kuchnia, nic. Główna łazienka, nic. Jadalnia, nic. Strych, nic. Gdzie on, do cholery jest?! Broń ostateczna.
-Romano! Choć pomóż mi zrobić sok pomidorowy! - nie nabrał się.
Nadal go nie było. Gdzie rzesz on polazł?! Usłyszałam bardzo cisze „kurde” gdzieś z prawej. Na prawdo była tylko lodówka. Otworzyłam ją. W środku był Romano. Chciałam mu chamsko zamknąć drzwi przed nosem, ale opanowałam swoją złośliwość. Wyciągnęłam go z lodówki i postawiłam przed sobą. Na kąciku ust miał czerwoną kropkę, tak samo na palcu.
-Czy zjadłeś wszystkie pomidory? - spytałam spokojnie. - I czemu siedziałeś w lodówce?
-Tak
-Co „Tak”? „Tak” to nie jest odpowiedź na oba pytania. Rano mi powiesz, teraz idź spać – po czym poczochrałam go po głowie, co widać go zdenerwowało, jednak się posłuchał.
Rano obudził mnie telefon. Okazało się, że moja gitara, którą pół roku temu uszkodzoną dałam do naprawy dziś przyniesie kurier. Ucieszona jak nigdy wybiegłam z pokoju w piżamie, prosto na strych, gdzie trzymam mój wzmacniacz. Przeniosłam go do małego korytarza przy wejściu, żeby od razu móc zagrać na mojej gitarze. Tak za nią tęsknię! To była pierwsza gitara wyprodukowana w barwach Wielkiej Brytanii. Więc była dla mnie naprawdę wyjątkowa, nikt poza mną jeszcze na niej nie zagrał. Autentyczna gitara elektryczna z 1950, warta naprawdę wiele dla kolekcjonerów, a dla mnie jeszcze więcej.
Dzwonek do drzwi.
Kurier.
Podpis odbioru.
Rozpakowana paczka.
Wielka radość, kiedy ściskałam moją ukochaną gitarę po pół roku.
A to tylko w trzy minuty.
Podłączyłam ją do wzmacniacza i nie patrząc na godzinę zaczęłam grać. Idealny dźwięk, mimo upływu lat. Bajka.
-Kto znów grzebie w moich płytach? - wydarł się nie do końca rozbudzony Anglia.
Wiedziałam, że słucha rocka.
-Odsuń się od mojej gitary, jeszcze się nią nie nacieszyłam. - odsunęłam się od niego.
Na szczęście się posłuchał. Patrzył na mnie, jak gram. Miło było. Zagrałam mu kilka utworów z repertuaru brytyjskich zespołów po czym zabrałam się za mój ulubiony zespół „Sabaton”. Jednak w połowie piosenki „40 to 1” musiałam przerwać, bo do małego hallu wszedł Francja z miną zabójcy.
-Nie dość, że on słucha tej muzyki na zebraniach, to ty ją jeszcze grasz? - spytał po francusku, by Anglia nie zrozumiał.
-Przepraszam, ale on pół roku mojej gitary w ręku nie miałam – widać, że uległ mojemu słodkiemu uśmiechowi i mi wybaczył.
Odłączając wzmacniacz zarzuciłam moją gitarę na plecy. Wyglądałam jak hipster z lat '80. W kuchni czekała na mnie niespodzianka, Kanada zrobił naleśniki z syropem klonowym. Jedyne danie z tamtego kontynentu, które mogę zjeść. Przytuliłam mocno Kanadę i rzuciłam się pochłaniać naleśniki. W moim przypadku nikt tego się nie spodziewał.

To był ostatni z normalnych poranków, ale o tym miałam się przekonać dopiero jutro. 

środa, 19 czerwca 2013

Czasami jest naprawdę trudno...

Czasami jest naprawdę trudno...

Weszłam do domu, by pokazać im, że teraz jestem spokojna. Przypomniałam sobie, że mam na sobie piżamę, ale nie przeszkadzało mi to. Rozsiadłam się w fotelu wygodnie niczym królowa na tronie.
-Twoje oczy – Italia jako jedyny śmiał się odezwać.
Podeszłam do najbliższego lustra. Faktycznie zwykle zielone oczy, takie same jak oczy Feliksa miały tym razem zabarwienie czerwone.
Szybkim krokiem wróciłam na mój fotel ukrywając przy tym moje zdezorientowanie.
-Siadajcie, spokojnie na dziś mój limit brutalności się wyczerpał – widać było, że nie wszyscy byli co do tego przekonani.
Italia oczywiście nie dał się dwa razy prosić, od razu wskoczył na moje kolana pomijając fakt, że teraz był od mnie wyższy. Inne nacje powinna zaskoczyć ta nieoczekiwana zmiana zachowania Italii, jednak to było za dużo dla nich. Po prostu usiedli i patrzyli czekając na wyjaśnienia.
-Czyli...chcecie tu zamieszkać? - starałam się przybrać najbardziej opiekuńczy ton głosu
-Tak, jeśli Ci to nie przeszkadza – powiedział przymilnym głosem Ameryka
-Jasne, czemu nie – wzruszyłam ramionami – Jednak nie zapominajcie, że to mój dom i macie się słuchać moich zasad. Jeśli ją złamiecie, czeka was kara. Odpowiednia dla każdego kraju.
-To źnaci? - odpowiedział Chiny.
-Musicie słuchać się moich zasad i wypełniać moich rozkazów. Zrozumiano? -
    spojrzałam na każdego po kolei: Japonię, Anglię, Francję, Chiny, Litwę, Polskę, Szwajcarię, Liechtenstein, Węgry, Ukrainę, Białoruś, Hiszpanię, Romano, Amerykę, Kanadę, Włochy, Łotwę i Estonię.
    - Po pierwsze: W moim domu kraje dzielą się na dwie grupy. Jedna pięcioosobowa a druga trzynastoosobowa. Grupa mniej liczna to: Polska, Litwa, Kanada, Węgry i Italia. Oni mają tu specjalne przywileje i obowiązki. Nie wolno ich obrażać czy ranić. Zrozumiano? - wszyscy przytaknęli – reszta może wylecieć stąd w każdej chwili. Druga sprawa: pokoje, zaraz was przydzielę do odpowiednich pokoi i na drzwiach które nie mogą być otwierane, narysuję „X”. Na strych i do piwnicy NIE WOLNO wejść. Reszta pomieszczeń jest do waszej dyspozycji. Oczywiście do mojego pokoju kompletny zakaz wejścia. Pytania?
    -Kim jesteś? - spytał się Estonia.
      Uśmiechnęłam się nerwowo, nie lubiłam się przedstawiać. Miałam wtedy wrażenie, że to szpiedzy od wrogów, którzy chcą mnie zabić. Eh, te przyzwyczajenia z wojny.
      -Jestem Nikol, nazwisk mam dużo, więc nie mogę wam podać jednego. Ktoś inny?
      -Ile masz lat i skąd znasz Włochy? - następny głos zabrał Francja.
    -Nie mogę wam powiedzieć ile mam lat, bo sama nie wiem. Wskazówką może być tylko to, że biorę udział w każdej polskiej walce od 1410. Chibiliano poznałam jak zaczął pracować na dworze Austrii.
    -Ciociu Nico mówiłem, że nie lubię nazwy Chibiliano! - oburzył się Italia na moich kolanach.
    -Wiem, ale byłeś wtedy taki malutki! - chwyciłam policzki w palce i wykonałam typowe „puci, puci”. - Już piętnasta, Italia idź się zdrzemnąć obudzę Cię za godzinę.
    -Ale ja chcę posłuchać! - wszyscy wpatrywali się w nas tępo.
-Italia – zmroziłam go wzrokiem, spuścił głowę i udał się do jego sypialni.
Nawet nie wiem, jaką wziął. Zna ten dom dobrze, był już wszędzie nawet w moim pokoju. Tylko on jeden, nikt więcej.
-Dlaczego wyrzuciłaś tamtych z domu? - spytał się Romano.
-Czy ty mnie wtedy słuchałeś? Jestem Polką, sześć razy amputowali mi prawą rękę, lewą tylko cztery – patrzyłam na niego karcącym wzrokiem.
-Jakim cudem straciłaś tyle razy ręce i wciąż je masz? - mocno zszokowany wykrztusił Łotwa.
-Każdy zadaje mi to pytanie. Otóż już tłumaczę. Od początku kariery wojskowej ludzie mówią, że jestem żołnierzem idealnym. Tylko na plecach i brzuchu zachowują się blizny  a moje kończyny zrastają się w dość szybkim tempie. Nawet nie potrzebuję rehabilitacji, to zawsze mnie cieszyło podczas wojen. Niestety leje się wtedy mnóstwo krwi. Na szczęście nie odbija się to na moim zdrowiu
-Skoro jesteś takim dobrym żołnierzem, to dlaczego żadna z kronik nie mówi o tobie? Jakbyś nigdy nie istniała – odpyskował mi Anglia.
-Nie przedstawiałam się nigdy nikomu, albo używałam fałszywych nazwisk. Jeśli już to wymazywałam z wszystkich kronik i pamiętników moje imiona i nazwiska. I nie dawałam się fotografować. Co byś zrobił gdybyś zobaczył nazwisko jednej osoby na przestrzeni sześciuset lat? - nie podobała mu się moja odpowiedź.
Przypomniałam sobie, że ostatnio rysowałam coś na większym formacie. Podeszłam do najbliżej komody i wyciągnęłam blok techniczny w formacie A3 i czarny marker. Następnie rozpisałam pary, które będą mieszkać razem w pokojach:
Anglia
-
Francja
Chiny
Polska
Litwa
Szwajcaria
Liechtenstein
Węgry
Ukraina
Białoruś
-
Japonia
Włochy
Hiszpania
Romano
Ameryka
Kanada
Łotwa
Estonia
Owszem Anglia i Białoruś nie miały pary do pokoju, ale Anglia nie potrafi się z nikim nie kłócić. A Białorusi za bardzo się boją. Sądzę, że ona sama też woli mieć swój własny pokój.
-Pytania?
-Ciemu ja mam pokóji z Francia? - zapytał się Chiny.
-Tylko ty masz siłę na niego tak wrzasnąć, żeby Ci nie odpyskował – widziałam, że Francja się trochę oburzył. - Więc przejdźmy do zasady numer trzy. Tutaj możecie ubierać się jak chcecie, ale tylko jak wychodzicie. Macie. Się. Ubierać. Jak. Ludzie. - cedziłam ostatnie słowa, by zrozumieli, że paradowanie w mundurach nie wchodziło w rachubę.
-Wiem też, że nie macie zbyt dużo normalnych ubrań, albo nie macie ich wcale, więc jutro jadę do miasta na zakupy. Jadę wam kupić ubrania.
-Czy będę musiał za to zapłacić? - wtrącił się Szwajcaria.
-Nie, niektórzy ludzie robią takie rzeczy b-e-z-i-n-t-e-r-e-s-o-w-n-i-e, zapamiętaj, że coś takie istnieje. - rzuciłam mu lekceważąco. - teraz wybaczcie, idę spać.
Po czym zostawiłam ich powracając do pokoju, świetnie ma tylko pół godziny, potem muszę obudzić Italię. Jak wcześniej podejrzewając spał w moim łóżku, a ubrania miał porozrzucane po całym pokoju. Jako iż ja sama tak robiłam, nie składałam mu rzeczy. Tylko wślizgnęłam się do łóżka przymykając powieki i znowu diabeł w plastikowej szacie zaczął wygrywać swój morderczy hejnał.
-Italia wstawaj! - ten odmruknął coś w odpowiedzi – Serio wstawiaj, bo Cię stąd wywalę. Rusz się, mi się też nie chcę.
Moje poszturchiwania doczekały się tylko pomruków z jego strony. W końcu użyłam broni ostatecznej zabrałam mu pierzynę. Tym razem reakcja była natychmiastowa, wstał i zaczął się trząść z zimna. Rzuciłam mu jego mundur i wyszłam z pokoju. Na dziś miałam zaplanowane tylko sprzątanie ogrodu, czyli nic. Nie opłacało mi się wstawać.
Doczłapałam się do kuchni i otworzyłam lodówkę. Spoglądając krytycznie na prawie puste pułki stwierdziłam, że muszę też zajść do jakiegoś supermarketu. Pijąc resztkę soku z pomarańczy rzuciłam się na kanapę. Nie widziałam jeszcze żadnego z krajów. Czyżby siedzieli cicho w swoich pokojach?
W tym momencie do pokoju wszedł Ameryka ze swoim firmowym uśmiechem.
-Ameryko? Mógłbyś mnie trochę pouczyć angielskiego? - posłałam mu najpiękniejszy ze swoich uśmiechów.
Widać, że go trochę zaskoczyło, na szczęście pozytywnie.
-Hej, hej, hej! Czemu on ma cię uczyć angielskiego a nie ja?! - z korytarza dobiegł głos Anglii.
-Bez spiny Iggy! Otóż tłumaczę. W dzisiejszych czasach bez angielskiego jesteś nikim, jednakowoż brytyjski akcent który posiadasz ty, nie jest tak powszechny jak akcent amerykański, który posiada tu obecny Alfred. Równocześnie ja sama, mam akcent czysto kalifornijski, na tyle mocy, że ludzie myślą iż ja pochodzę z Ameryki. Co jak już wicie, jest nieprawdą. Pytania?
-Skąd znasz moje imię?
-Wiem o was więcej niż wam się wydaje – odparłam tajemniczo.
Spojrzałam na zegarek, 16:40. Przypomniało mi się, że byłam umówiona na wywiad do gazety, na siedemnastą. Zeskoczyłam jak oparzona z kanapy i zaczęłam biegać po domu jak opętana biorąc wszystkie potrzebne rzeczy. Ubrałam, umalowałam i przygotowałam się w niecałe pięć minut. Rzucając kluczykami w Polskę wrzasnęłam:
-Teraz ty tu rządzisz, nie niszczcie niczego! - i już mnie nie było.
Jadąc moim sportowym włoskim Ferrari, rozpędzałam się coraz bardziej, nie patrząc na przepisy. Zaparkowałam blisko wejścia i znowu spojrzałam na zegarek. Niezły czas, 16:57. Pokonałam ostatnie schodki do budynku i ujrzałam miłą panią redaktor, która chciała ze mną poprowadzić wywiad.
-Jak miło, że jest pani przed czasem. Czy mogę zaproponować kawę? - jej trochę skrzekliwy głos ranił me uczy, ale nie pokazałam tego.
Siedziałyśmy w kawiarni, wyglądając na dobre przyjaciółki. Przez resztę wywiadu sztucznie się uśmiechałam, ale widać było, że się na to nabrała. Po spotkaniu udałam się do supermarketu. Specjalnie biorąc podwójny zapas paluszków dla mnie i Feliksa. Żeby żaden z krajów nie poczuł się pokrzywdzony wzięłam ulubioną przekąskę dla każdego z nich.
Jadąc już o wiele spokojniej nabierałam przeczucia, że w moim domu nie jest do końca w porządku. Nie myliłam się.
Zamiast spokojnej i tajemniczej rezydencji w środku lasu, zastałam głośną i zagraconą posesję. Kraje najwidoczniej postanowiły urządzić sobie imprezę w ogródku. Nie miała im tego za złe. Muszą odreagować stres. Zaparkowałam auto wyjątkowo przed posesją i ruszyłam w kierunku domu.
Drogę zagrodził mi nieduży jednorożec tak biały, że aż raził w oczy.
-What the fuck is it?! - wrzasnęłam tak, że wszyscy się odwrócili.
-Ale co? - odparł ostrożnie Hiszpania.
-No to! To to coś co przed mną stoi! Jakiś kucyk! - zaczęłam strasznie gestykulować rękami.
-Czyli ty też go widzisz? - spytał zaszokowany Anglia.
-A co? Oni nie?
-Tylko Norwegia, ale go tu nie ma
-Ok, Robi się coraz dziwniej – zaczęłam się sztucznie uśmiechać, czyli robiłam co zawsze z takich sytuacjach.
Anglia jak zaczarowany podszedł do jednorożca pogłaskał go pod brodą i zachęcił mnie do powtórzenia działania. To musiało wyglądać naprawdę dziwnie. Dwójka ludzi głaszcząca niewidzialne zwierzę. Nice. Anglia był nim tak oczarowany, że nie zauważył jak odchodziłam. Italia jak zwykle mnie przytulił, tym razem na powitanie. Lubiłam jego uściski, on jako jedyny nigdy mnie nie zdradził. Nigdy nie wydał w ręce wroga.
Znowu zamigotały mi przed oczami sceny z wojny. Krew, ból i łzy. Automatycznie się otrząsnęłam. Było minęło, muszę zapamiętać coś dobrego z tego życia. Wchodząc do domu spojrzałam kątem oka na kalendarz. Trzynasty lipiec. Jutro są urodziny Francji, muszę coś dla niego zrobić. Tylko dla przykładu, że Polacy mimo złości są gotowi do radości.
Wślizgnęłam się do mojego ciepłego łóżka i nastawiłam budzik na trzecią nad ranem. Natychmiast zapadłam w głęboki sen.
Wynalazek diabła bezczelnie zakończył mój piękny sen, ale mus to mus. Cicho jak myszka zabrałam się do robienia ciasta. Na moje szczęście zwykle mam wszystkie składniki. Nikt mi nie przeszkadzał, wszyscy spali jak zabici. Miło. Zrobiłam duży tort śmietankowy wyglądający jak wielka fraga Francji otulona różami z cukru. Moim skromnym zdaniem wyszedł nieźle. Chciałam jeszcze coś dodać, ale nie miałam pomysłów.
Znowu spojrzałam na zegarek, siódma. Można go obudzić. Przeniosłam tort z blatu na wcześniej przygotowany wózek. Doszłam do jego pokoju i delikatnie zapukałam. Zero reakcji, powolutku otworzyłam drzwi i wślizgnęłam się do pomieszczenia. Francja spał z błogim uśmiechem na twarzy, a Chiny z ściągniętymi brwiami, jakby się nad czymś zastanawiał.
Szybko przypomniałam sobie słowa francuskiej wersji „Sto lat!” co było proste, bo umiałam francuski. Nie chciałam się tylko do tego przyznawać. Najpierw cichutko a potem już normalnie zaczęłam śpiewać, zawsze mi mówiono, że mam ładny głos i powinnam robić karierę muzyczną. Jednak rozbudziłam Francję na tyle by móc mu złożyć życzenia.
-Joyeux anniversaire! (Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin) – obdarzyłam go najpiękniejszym ze swoich uśmiechów.
-To ty znasz mój język? - spytał trochę zszokowany.
-Bien sûr! (Oczywiście) – wyjaśniłam mu, że w szesnastym wieku się go nauczyłam.
Przysiadłam na łóżku i pokroiłam tort. Widać mu smakował, bo wziął cztery porcje. W międzyczasie rozmawialiśmy po francusku. W sumie to o niczym. Gdy wybiła dziewiąta, pożegnałam go i poszłam do siebie na ostatnią chwilę snu. Niestety, już sięgałam po klamkę, by otworzyć drzwi..
-Ciociu Nico! Nico - Neko! - krzyknął Feliciano po czym zwisł mi na plecach jak małpka.
-Co chcesz na śniadanie?
-Pastę! - nie spodziewałam się innej odpowiedzi.
Idąc do kuchni z Włochami na plecach musiałam wyglądać co najmniej dziwnie. Usmażyłam mnóstwo jajek i złożyłam je na wielkiej tacy. Niosąc tacę zauważyłam, że Chibiliano jeszcze nie zeskoczył z moich pleców. Położyłam półmisek na środku długiego stołu, przygotowałam talerze i sztućce, po czym usiadłam na jednym z miejsc i zaczęłam liczyć czas. C
Pięćdziesiąt sekund, przychodzą kraje bałtyckie z Polską.
Minuta, pojawiają się Alianci.
Minuta, dwadzieścia dochodzą wszyscy inni.
-Minuta trzydzieści dwa, tyle wam zajęło zgromadzenie się tutaj – ciszę rozdarł mój głos. - Smacznego – na zachętę wzięłam jedno jajko na swój talerz.
Zaczęła się istna bitwa. Każdy chciał jajko przed innymi, postanowiłam tym razem nie interweniować. Co ja się tam będę pchać? Niech się sami zabijają. Powoli delektowałam się moim śniadaniem patrząc jak Anglia kłóci się z Francją. Po co oni usiedli po przeciwnych stronach? Po obelgach zaczęli w siebie rzucać jedzeniem. To było już za dużo.
-Natalio? Czy mogłabyś ich uspokoić? - zwróciłam się do Białorusi.
Skinęła na mnie i rzuciła nożami w ramiona wiecznych wrogów. Anglia złapał trzon w ostatniej chwili, ale Francja już nie zdążył.
-Pogratulować cela – rzuciłam w jej stronę po czym wyciągnęłam Francję do łazienki by opatrzyć ranę.
-Było się kłócić? Zostać rannym w swoje urodziny! Cóż za lekkomyślność – rzuciłam po francusku.
Przysiadł na wannie z miną obrażonego dziecka. Opatrywałam mu rany i marudziłam trochę pod nosem, oczywiście po francusku, żeby rozumiał. Na jego ramieniu zauważyłam wiele blin. W końcu bije się od wieków z Anglią, to zrozumiałe.
-Już! Teraz nie możesz tylko wykonywać nagłych ruchów po Ci rana wybuchnie, rozumiesz? - spytałam się najmilszym głosem na jaki było mnie stać.
-Tak, tak, już mogę iść? - przytaknął po czym nie czekając na odpowiedź wyszedł pośpiesznym krokiem.
Przypomniałam sobie o wczorajszej obietnicy zakupu ubrań. Tym razem o wiele spokojniej przygotowałam się do wyjścia, jednak ponowiłam swój ruch z wczoraj rzucając kluczami w Feliksa i mówiąc:
-Teraz ty tu rządzisz, nie niszczcie niczego! - i już mnie nie było, tym razem nie był tak mocno zaszokowany.
Przekraczając ponad dwukrotnie dozwoloną prędkość, po prostu prosiłam się o mandat. Jedak nikt mnie nie zatrzymał, chyba marka mojego samochodu, z którego na marginesie jestem strasznie dumna, odstraszyła ich tak, że nie chcieli tego robić.
Spędziłam dobre dwie godziny szukając odpowiednich części garderoby. Biorąc pod uwagę kulturę, upodobania i gusty. Dla siebie kupiłam tylko jedną parę okularów przeciwsłonecznych. Obiecałam sobie, że nigdy więcej sama nie pojadę na zakupy sama. Nie mogąc się powstrzymać zaszłam też do sklepu elektronicznego i kupiłam rzutnik z przenośnym ekranem. Postanowiłam, że urządzę w domu małe kino. Zaskoczę ich tym działaniem, ale chcę, żeby z mojego domu wynieśli chociaż kilka dobrych wspomnień. Nie tylko wspomnienie morderczej dziewczyny sądzącej, że jest lepsza od innych. Z miejsca się zasępiłam, nie chciałam, by mnie taką zapamiętano. Chciałam, żeby pamiętali mnie tak jak Chibiliano, miłą i opiekuńczą ciocię. Zawsze mi takiej osoby brakowało, dlatego chcę, by nikt nie musiał przez to przechodzić.
Zaparkowałam w garażu za domem, którego nie widać od frontu. Nosem czułam, że w środku czeka mnie miła niespodzianka. I się nie myliłam.
Już jak weszłam do domu powitał mnie słodki zapach naleśników z syropem klonowym, tylko Kanada takie robi. Na stole w jadalni leżał obrus z zszytych małych flag wszystkich państw, które były podpisane. Jakbym o kimś zapomniała.
-Oh my.... - wykrztusiłam i rzuciłam torby z zakupami na podłogę.
Od razu, jak moża było to przewidzieć, Włochy rzucił mi się na szyję.
-A z jakiej to okazji? - powiedziałam do zebranych, byli wszyscy.
-Chcemy, żebyś nas nie zapomniała! - odpowiedział mały Łotwa.
-O was nigdy – po czym przytuliłam najmłodszego Bałta.
-Ja mam dla was prezenty! - rozdałam każdemu jego torbę, na szczęście podobały im się ich nowe ubrania. Szczególnie Anglii, kurtka z wielką brytyjską flagą na plecach.

Do wieczora siedzieliśmy przy stole i opowiadaliśmy sobie śmieszne historię. Wyglądaliśmy jak naprawdę duża rodzina. Podczas naszego „posiedzenia” ustaliliśmy, że najlepiej będzie jak co dwa dni będę wyjeżdżać z jakimś krajem na wycieczkę. A raz w miesiącu wszyscy będziemy gdzieś jeździć.

poniedziałek, 17 czerwca 2013

piątek, 14 czerwca 2013

Początek Oczami Feliksa

Początek
Oczami Feliksa

Kłótnia trwała zażarcie. Wszyscy coś robili, nawet Kanada. Wszyscy oprócz mnie. Siedziałem cicho z rękoma ściśniętymi w pięści. Tylko ja.
Reszta zrzucała na mnie dziwne spojrzenia. Zwykle gadam więcej niż oni razem wzięci, ale dziś tylko się przywitałem. Nie zabrałem głosu w żadnej ze spraw. Czułem, że Litwa będzie chciał ze mną o tym porozmawiać.
Ja nie chciałem z nim rozmawiać. W sumie to z nikim nie chciałem. Ja po prostu czułem, że niedługo stanie się coś niespodziewanego. Coś co zaszkodzi nam wszystkim. Niektórym naprawdę tego życzyłem, ale nikomu tego nie powiedziałem nawet Lici.
Nawet się nie spostrzegłem, a konferencja się skończyła. Nawet nie wiem o czym była. Pewnie coś o budowaniu nowego lepszego świata po wojnie. O wojnie z winy Niemiec i Rosji. Nienawidziłem ich z całego serca. Tak samo jak Prus. Ten typek nawet nie jest już państwem, dlaczego on żyje? Tego to nikt nie wiedział.
Westchnąłem ciężko i wstałem, znowu muszę zacząć grać dzieciaka. Powoli już zaczynało mnie to męczyć , ale sam wybrałem sobie taki kierunek życia. Nie mogę narzekać. Nie teraz.
Jakoś zdołałem wyślizgnąć się sprzed rąk Litwy. Po raz pierwszy mnogość korytarzy w domu Francji na coś się przydała. Teraz czeka mnie tułaczka z Paryża do domu. Po prostu świetnie.
Nim ktokolwiek zobaczył, że wychodzę już siedząc na koniu pędziłem w stronę domu. Zatopiony w myślach, nie kierowałem zbyt uważnie, ale na szczęście mam talent do jeździectwa, więc wszystko robiłem bez namysłu. Jak wtedy kiedy chodzisz jedną ścieżką milion razy i znasz każdy jej fragment na pamięć.
Nie spodziewałem się tego co zobaczyłem. Nie byłem psychicznie nastawiony do tego. Mój dom. Mój piękny dom, tyle razy zniszczony, tyle razy odbudowywany, stał w płomieniach. Niewiele myśląc zeskoczyłem z konia i wbiegłem prosto w płomienie.
Czułem jak lizały moje ciało, jak otwierały moje blizny. Nie dbałem o to, pobiegłem na sam środek i upadłem na kolana. Zacząłem płakać. Sam z siebie, płakałem jak bóbr, jednak trochę się uśmiechałem. Mimo, że moja sytuacja była beznadziejna zacząłem się śmiać płacząc jednocześnie. W pewnym momencie zemdlałem. Obudziłem się dopiero w środku nocy, bity przez Litwę w policzki.
-Ała! Co ty robisz?! - krzyknąłem na niego tak, że nawet ja się zdziwiłem.
-P-przepraszam, chciałem Cię tylko obudzić
Spojrzałem dookoła. Z mojego cudownego drewnianego domku w środku lasu zostały tylko gruzy. Kilka najbliższych drzew także ucierpiały na skutek pożaru.
-Czego chcesz? - warknąłem próbując ukryć mój smutek po kolejnej utracie domu.
-Przyjechałem po ciebie, mamy jechać na kolejne spotkanie
-Znowu? O co tym razem chodzi?
-Jak to „znowu”? Ostatnia konferencja była tydzień temu i ty na niej nie byłeś!
-Przecież byłem, tylko zwiałem totalnie szybko zanim ktoś ogarnął, że idę.
Świetnie, tylko mi nie mówcie, że zasnąłem na dwa tygodnie! Przecież to totalnie niemożliwe!
Lekko spanikowany spojrzałem na Litwę. Patrzył się na mnie tym swoim opiekuńczym wzrokiem. To jedno spojrzenie mówiło wszystko:
-Martwię się o ciebie – wspaniale, bierze mnie na litość, chce wszystko od mnie wyciągnąć.
-Po co? U mnie jest totalnie w porządku – po tych słowach posłałem mu mój uśmiech pod tytułem: „Nie-gdajmy-o-tym”, ale wiedziałem, że go nie przekonałem.
-Stary, to nie ja leżałem w ruinach swojego domu przez dwa tygodnie bez znaku życia! - zdziwiłem się on nigdy nie powiedział do mnie „stary”.
Zamyśliłem się trochę. Jednak znowu mnie szturchnął.
-Ej! Mówię do ciebie! Nie odlatuj mi tu! Naprawdę...Co się z tobą dzieje?!
Krzyczał na mnie. Naprawdę podniósł głos. Mógł się o mnie zamartwiać. Jednak przypomniało mi się jak on zachowywał się inaczej niż zwykle. Było to koło roku 1410, ale wtedy trochę powalczyliśmy z tym debilem Prusy i musiał zostać moim lennikiem. To Lici poprawiło humor. Poniżanie innych, zawsze działało na złe samopoczucie. Jednak teraz, po Drugiej Wojnie Światowej nie możemy walczyć. Życie w pokoju i takie tam. Muszę teraz mieć jakiś cel! Dostałem naprawdę mocnego kopniaka w twarz.
-Ała! Cholera jasna, Toris! Co ty odwalasz?!
-Słuchaj jak do ciebie mówię! A od kiedy mi mówisz po imieniu?! - mocno się wkurzył, takiej furii nie widziałem u niego nigdy.
-Przepraszam, Litwo. Nie powinienem tak się zachowywać w stosunku do Ciebie
Zaskoczyłem go, po raz pierwszy pokazałem komuś prawdziwego mnie, bez maski dziecka.
-Naprawdę mnie zaskakujesz ostatnio. Może jeszcze mi powiesz, że nie jesz paluszków?
-A masz? - w sprawie paluszków nie mogę dorosnąć .
-Choć na tą konferencję, a kupię ci dwie paczki.
-Obiecujesz?
-Tak, obiecuję – uśmiechnął się do mnie z ulgą.
Kiedy tylko usadowił się dobrze na koniu ruszył galopem. Nie puszę mu tego płazem. Od razu zacząłem się z nim ścigać, nie wolno szarpać mojego honoru. Nigdy. Doskonale o tym wiedział i wykorzystywał, by mnie rozweselić.
Nie spostrzegłem się, gdy dojechaliśmy na miejsce konferencji. Dom Niemiec. Chciałem stąd uciec, nie ważne co by pomyśleli o mnie inni, ale ze względu na paluszkową obietnicę Litwy zostałem. Mimo, że będę tam tylko fizycznie. Zrobię to tylko dla Litwy.
Automatycznie wzdrygnąłem na wspomnienia, które wróciły do mnie po przekroczeniu progu. Ostatni raz kiedy tu byłem, siedziałem trzy dni bez wody i jedzenia w podziemiu. Natychmiast zapiekły mnie blizny po tamtych torturach. Musiałem się im przeciwstawić. Musiałem być silny, dla przykładu, dla Litwy, dla samego siebie.
Litwa szedł przed mną, widać było w jego kroku, że wie dokąd iść i wcale mu się to nie uśmiecha. Pewnie przez wzgląd na mnie. Szedłem za nim bez namysłu, duchowo będąc gdzieś indziej. Zatrzymał się, ale tego nie zauważyłem , więc wpadłem na niego, co sprowadziło mnie na ziemię.
Drzwi się otworzyły i wyszedł Niemiec w tym samym mundurze, który miał na sobie podczas torturowania mnie. Tego było za wiele. Odwróciłem się na pięcie i ruszyłem biegiem w kierunku drzwi. Wypadłem z tego domu koszmarów i biegłem w kierunku domu. Słyszałem za mną krzyki wołające do złapania mnie, ale byłem dla nich za szybki. Czując jak gałęzie uderzają mnie w twarz, biegłem tak długo aż zobaczyłem te zgliszcza po moim domu. Przerażający widok, dla mnie był uściśnieniem tragedii.
Nie wiedząc co ze sobą zrobić, usiadłem jak rozkapryszony bachor i zamyśliłem się znowu. Mogę spędzić kilka dni u Lici, dopóki nie odbudują mi domu, ale będzie zadawał mi trudne pytania. Mogę też iść do Węgier, ale ona będzie jeszcze bardziej się martwić. Zostaje mi tylko Italia, ale on za dużo czasu spędza z tym debilem Niemcy. Moja jedyna opcja to zostanie tutaj i odbudowanie swojego domu własnoręcznie.
Zaraz po podjęciu decyzji, wstałem i ruszyłem w kierunku Warszawy. Tam na pewno dostanę jakieś materiały do budowy. Nie przeszedłem nawet stu metrów, gdy usłyszałem za sobą Litwę który mnie woła. Wyszedłem mu na spotkanie, ale płakał więc musiało się stać coś złego.
-Polsko! Nie wolno tak uciekać z konferencji! - próbował się uśmiechnąć
-Czemu płaczesz? Co się stało?
-Mój dom się spalił – stało się to czego się obawiałem.
-Czy tylko twój?
-To właśnie było tematem naszego spotkania. Wszystkim państwom się spaliły domy. Ustaliliśmy jednogłośnie, że wprowadzimy się do znajomej Włoch.
-Do znajomej Włoch?! Przecież to jest obca osoba! A jak coś się stanie? - mój lęk przed nieznajomymi się uaktywnił.
-Uspokój się, nie będzie źle, dogadasz się z nią. To Polka
Że niby ja mam zamieszkać u kogoś obcego?! Ja?!
-To totalnie niemożliwe! Nie zrobię tego!
-Zrobisz, choćbym musiał Cię tam siłą zabrać – pierwszy raz słyszałem u niego taki ton głosu.
Trochę się przeraziłem, od kilku dni Litwa nie zachowywał się normalnie. A może on też wcześniej tylko grał? Znam go już ponad pięćset lat to nie może być prawda. A może jednak? Przybrałem minę obrażonego dzieciaka odpowiednią do sytuacji.
-Wszystkie twoje rzeczy spłonęły? - spytałem się go.
-Niestety – już powstrzymał płacz.
-Choć, ja jestem na to przygotowany – ruszyłem w kierunku małej szopy, wyglądającej jak najzwyklejszy w świecie pagórek.
-Wow! Od kiedy to tu jest? - był naprawdę zdziwiony.
-Po pierwszej wojnie światowej, wykopałem tu sobie mały bunkier. Mam trochę mundurów, ale tylko polskie. Będziesz wyglądał totalnie uroczo w moich barwach! - widać było jak na dłoni, że mu się nie uśmiecha paradowanie w moim mundurze.
Bunkier był mały, więc ja wszedłem do środka i wziąłem tylko najważniejsze rzeczy. Mundury, bandaże, paluszki, mała puchata poducha i co dla mnie najbardziej znaczący album ze zdjęciami. Mimowolnie uśmiechnąłem się do wspomnień, kiedy byliśmy mali.
-Wyłaź, bo się spóźnimy! - na ziemię sprowadził mnie krzyk Litwy.
Mrucząc pod nosem wrzuciłem rzeczy na wyjazd do dwóch walizek i wyszedłem z mojej szopy. Wręczyłem Lici jedną walizkę i ruszyłem na przód.
-Nie chcę Cię martwić, ale musimy iść w tamtym kierunku – wskazał kierunek przeciwny do obranego przez mnie.
-Przecież wiem, ale sprawdzam twoją totalną orientację!
Po drodze spotkaliśmy inne państwa, które dołączały do nas. Na końcu drogi byliśmy wszyscy oprócz Italii. Nie odzywaliśmy się do siebie, a ja próbowałem zwiększyć odległość między mną, Niemcami i Rosją. Nie chcę prowokować kłótni.
-Tak, w ogóle gdzie Italia? - spytałem przy bramie do wielkiej posesji.
-On już jest na miejscu, od wczoraj – odpowiedział Ameryka.
Jak tylko przekroczyliśmy bramę, w moje oczy uderzył najpiękniejszy krajobraz jaki kiedykolwiek widziałem. A przecież jestem Polską. Nie ma ładniejszego kraju jak mój.
Kręta żwirowa droga o szerokości ledwo na jeden samochód prowadziła do fantastycznego dworku architektonicznie wyglądającego jak połączenie pałacu Tyszkiewiczów (Litwa) z moim pałacem na wodzie w Warszawie. Na prawo i lewo jak okiem sięgnąć rozciągał się piękny dębowy las. Wzdłuż ścieżki wiły się dwa małe strumyki gromadzące nadmiar wody deszczowej i pławiąc ją do małego zbiornika wodnego przy dworku nad którym przebiegał mały kamienny mostek.
Wszyscy zagwizdaliśmy z uznaniem. Tu było naprawdę pięknie. Było akurat popołudnie więc światło padało idealnie i równomiernie. Cicho podeszliśmy do drzwi i ktoś zadzwonił dzwonkiem.
Otworzyła nam całkiem ładna dziewczyna około siedemnastki, miała oczy identyczne jak moje, i włosy długie, rude. Nie była zbyt wysoka, ale za to bardzo szczupła i wyglądająca jakby wiele przeszła. Gdyby nie jej włosy, wyglądałaby podobnie do mnie.
Zanim się zorientowała o co chodzi, wszyscy wsypaliśmy się do jej domu. No prawie wszyscy. Niemcy, Prusy, Rosja i Austria nie zdążyły zagrodziła im drogę ręką.
-Macie niezły tupet tu przychodzić, i jeszcze większy, żeby bez pytania wparowywać mi do domu – miała bardzo melodyjny głos, typowej starszej siostry, ale używała takiego tonu, że można było się przerazić.
Nawet na nich nie patrzała. Od razu poczułem do niej sympatię.
-Przepraszam, ale nie wiem o co Ci chodzi – pierwszy odezwał się Niemiec
-Od kiedy jesteśmy na „ty”, skurwielu ? - nie mogłem uwierzyć, że to powiedziała. I to do Niemiec!
Ten nawet nie wiedział o co chodzi. Patrzeli na siebie zdezorientowani.
-Pójdziecie sami, czy mam wam pomóc? - nadal używała tonu mordercy - Nie wiesz o co chodzi, tępy młotku? Nie dziwie się, taki idiota jak ty ma ciasną głowę. Gdybyś miał chociaż te dwa punktu IQ dostrzegłbyś, że na prawo od moich drzwi znajduje się godło Polski, a nad drzwiami namalowałam flagę. Nie przypadkowo. Moja rodzina jest jedną z nielicznych czystokrwistych Polaków. Nie masz prawa wejść na ziemię bronioną przez nas. Więc zabieraj swój debilny zadek i uciekaj póki masz jeszcze nogi - poczułem dumę. Byłem z niej dumny, z każdym jej słowem czułem napływającą dumę. Najpierw nieśmiało się rodzącą, by za chwilę objąć całe moje serce.
Jednak tylko we mnie rozbudziła takie emocje. Poczułem, że niektórzy przestali oddychać. Wszyscy wpatrywali się w nią albo z szacunkiem albo strachem. Tylko ja miałem dumę w oczach, ale chyba tego nie zauważyła. Nagle Prusy zaczął się śmiać. To był jego błąd.
Polka nie wiadomo skąd wziętym nożem rozcięła mu gardło i rzuciła jego tchawicą w Niemca. Gilbert upadł na brzuch, więc na jego plecach narysowała znak Polski Walczącej, byłem z niej tak dumy, jak ojciec ze swojej córki podczas odbioru świadectw ze studiów. Ten gest wzbudził w moich towarzyszach jeszcze większą trwogę.
Jeśli się nie usuniesz z mojej posesji, tępaku w przeciągu pięciu minut to skończysz gorzej niż on – w duchu odetchnąłem z ulgą. Nie będę musiał mieszkać z tym sadystą! On tylko przerzucił ciało brata przez plecy i rzucił się do ucieczki.
-Austrio, nie sądzisz chyba, że Cię tu przyjmę, co? - bał się jej, to było widać.
-Z całym szacunkiem, niestety nie wiem czym ja zawiniłem
-Nie wie! - przybrała rozbawioną minę – A może przypomną Ci się daty 1683, 1772 i 1795 ?
Do mojej świadomości automatycznie przebiły się wspomnienia z tamtych lat. I ten ból po zdradzie Austrii. Jednak mogłem mu to wybaczyć, gdy patrzyłem jak ucieka z podkulonym ogonem przez Polką.
Następny był Rosja. Stanęła przed nim, co wyglądało naprawdę dziwnie przy ich różnice w wzroście. Była jednak nieustraszona.
-Dobrze wiesz, że masz uciekać, prawda?
-Wódka? - nawet na chwilę nie przestał się uśmiechać.
-Tobie też mam pomóc?
Rosja odwrócił się nieśpiesznie i nucąc pijacką piosenkę oddalał się co raz bardziej. Dziewczyna odwróciła się. Wszyscy patrzyli na nią z rosnącym szacunkiem. Ona jedna bez pomocy nikogo, nie będąc Białorusią, pogoniła Rosję! To trzeba gdzieś zapisać!
Wiedziałem na razie tylko jedno: Nastały dziwne czasy, a ja chcę im sprostać. 

niedziela, 9 czerwca 2013

Początek

Początek

Jak w każdą sobotę siedziałam sobie przy kominku czytając książkę, niczym ta sobota nie różniła się od innych. Prawie niczym, jeden malutki szczególik, który zadecydował o tym, że moje życie potoczyło się w takim kierunku. Po za tym nadając mu szaleńczy rytm i coraz to nowsze niespodzianki każdego dnia.
Ten malutki szczególik właśnie zaczął dobijać się do moich drzwi, chociaż słowo „drzwi” nie pasowało do nich, bardziej „wrota”.
Zmęczona po całym tygodniu poczłapałam do drzwi i je otworzyłam. Stał tam sam Feliciano Vargas.
-Ciocia Nico! - krzyknął i rzucił mi się na szyję
-Mamma mia! Chibiliano! Ale ty wyrosłeś!
Tuliłam go dobre kilka minut, a potem zaprowadziłam go do kuchni. Od razu wziął się za przygotowywanie pasty. Tak jak to miał w zwyczaju, kiedy do mnie przychodził, jak był malutki i służył u tego „arystokraty” Austrii. Siadałam wtedy z nim na kolanach i słuchałam jego opowieści. Stałam się dla niego po prostu ciotką Nico, bo nie potrafił powiedzieć mojego imienia Nikol. I zostało Nico.
Rozmawialiśmy dość długo, szczególnie o jego początkach samodzielnego życia, gdy odszedł od Austrii. Widziałam jednak po jego zachowaniu, że coś przed mną ukrywa.
-Felicjano, dobrze wiesz, że mi możesz powiedzieć wszystko, prawda?
-Etto....eh...etto... - widać wyraźnie że wstydził się o coś mnie poprosić.
By dodać mu otuchy przytuliłam go do siebie kołysząc się na boki i nucąc kołysankę. Bardzo to lubił w dzieciństwie, a on tak szybko by się nie zmienił. Pomijają fakt, że ostatni raz widziałam go ponad pięćset lat temu.
Nie byłam ani królestwem ani państwem, jednak żyłam dalej. Sama nie wiedziałam jak to działa. Po prostu się nie starzałam, zawsze wyglądałam jak siedemnastolatka. Przez pierwsze dwa wieki pracowałam prawie bez przerwy, by dorobić się dzisiejszego majątku. Do tej pory pracuję tylko lżej. Jako tłumacz, pisarka, albo historyk.
Usłyszałam jak pochrapuje po cichutku, najwyraźniej zamyśliłam się tak mocno, że nie zauważyłam, kiedy zasnął. Ułożyłam go na kanapie, i przykryłam kocem, którym owinełam się podczas czytania książki. Szybko zaniosłam resztki po kolacji do kuchni i mogłam się z czystym sumieniem położyć do łóżka.
Ledwo położyłam głowę na poduszce bezduszna maszyna o demonicznej nazwie „budzik” odgrywała już swoją morderczą balladę, mającą na celu wytrącenie mnie z łóżka. Stękając wyczłapałam się z pokoju poprzednio rzucając budzikiem z odpowiednią siłą o ścianę.
Raptem wyszłam z pokoju poczułam błogosławiony zapach świeżej pizzy. Całkiem rozbudzona i cała w skowronkach weszłam do pokoju, gdzie czekał na mnie ciepły włoski przysmak.
-Buongiorno! (Dzień dobry) – zawołał Feliciano.
-To która jest godzina? - zapytałam mocno zdezorientowana.
-Dochodzi czternasta
-Jakim cudem ja nie śpię? - zapytałam siebie w duchu.
Ktoś zadzwonił do drzwi. Zmęczona, nieprzebrana i nieuczesana poszłam prosto do wrót, by je otworzyć, chcą spławić kolejną osobę. Zwykle przychodzili domokrążcy, choć parę razy przyszedł facet, chcąc odkupić dom i zrobić w nim muzeum.
Otworzyłam drzwi i zamurowało mnie. Stały tam aż 22 państwa, każde z walizką albo torbą. Wyglądali jakby się chcieli tu wprowadzić.
-O cholera.... - zdołałam wypowiedzieć kiedy wszyscy naraz wsypywali mi się do domu.
Na moje szczęście i ich nieszczęście, cztery kraje, których nienawidziłam próbowały się dostać ostatnie. Próbowały, bo zagrodziłam im drogę ręką.
-Macie niezły tupet tu przychodzić, i jeszcze większy, żeby bez pytania wparowywać mi do domu – używałam tego tonu, co mordercy przed zaatakowaniem ofiary.
Spojrzeli się na siebie zdezorientowani. Czułam to, bo nawet nie zaszczyciłam ich spojrzeniem.
-Przepraszam, ale nie wiem o co Ci chodzi – pierwszy odezwał się Niemiec
-Od kiedy jesteśmy na „ty”, skurwielu ?
Widać było, że zdenerwowałam go bezpodstawnym, jak dla niego, obrażaniem.
-Pójdziecie sami, czy mam wam pomóc? - nie zeszłam z mojego tonu ani na chwilę.
Po ich tępawych minach nie wiedzieli o co mi chodzi.
-Nie wiesz o co chodzi, tępy młotku? Nie dziwie się, taki idiota jak ty ma ciasną głowę. Gdybyś miał chociaż te dwa punktu IQ dostrzegłbyś, że na prawo od moich drzwi znajduje się godło Polski, a nad drzwiami namalowałam flagę. Nie przypadkowo. Moja rodzina jest jedną z nielicznych czystokrwistych Polaków. Nie masz prawa wejść na ziemię bronioną przez nas. Więc zabieraj swój debilny zadek i uciekaj póki masz jeszcze nogi.
Nie ruszył się z miejsca, jak nikt. Wszyscy wpatrywali się we mnie. Albo z szacunkiem albo ze przerażeniem. Przez kilka długich sekund nic się nie działo, niektórzy bali się nawet oddychać. Teraz kiedy mogłam dokonać zemsty, nie obchodziło mnie co inni sobie myślą. Nawet Ci na których mi zależało. Ciszę rozerwał głośny śmiech Prus.
Tym razem nie wytrzymałam. Wyjęłam nóż, który był ukryty w ścianie i rzuciłam się na Prusy. Zanim ktoś zdążył zareagować Gilbert miał rozcięte gardło i krtań w mojej zaciśniętej pięści. Prychnęłam na niego z wyższością. I że niby ON uważał się za „zaglibistego”? Toż to śmieszne!
Upadł na brzuch więc na jego plecach narysowałam znak Polski Walczącej.
Teraz wszyscy patrzyli na mnie z rosnącym przerażeniem.
-Jeśli się nie usuniesz z mojej posesji, tępaku w przeciągu pięciu minut to skończysz gorzej niż on – rzuciłam w stronę Niemca.
Po tych słowach rzucił się do ucieczki przerzucając ciało brata na plecy. Została mi tylko dwójka.
-Austrio, nie sądzisz chyba, że Cię tu przyjmę, co?
Widać było po jego minie, że się mnie boi. W sumie podobało mi się to.
-Z całym szacunkiem, niestety nie wiem czym ja zawiniłem
-Nie wie! - przybrałam rozbawioną minę – A może przypomną Ci się daty 1683, 1772 i 1795 ?
Zauważył, nie mówiąc ani słowa do mnie, oddalił się pospiesznie. Stanęłam przed Rosją, jak zwykle się uśmiechał. Spojrzałam mu w oczy, musiało to wyglądać przekomicznie, bo przy moim wzroście (167 cm) jego 182 cm, powinny napawać mnie lękiem. Jednak to tak nie działało.
-Dobrze wiesz, że masz uciekać, prawda?
-Wódka?
Po jednym słowie widziałam, że go nienawidzę. Miło.
-Tobie też mam pomóc?

Po czym odwrócił się i poszedł śpiewając pod nosem pijacką pieśń. Odwróciłam się. Wszyscy patrzyli się na mnie z gigantycznym szacunkiem. Tak, nastały dziwne czasy, a ja chcę im sprostać.



(Piszcie proszę komentarze!) 

Hej!

Tutaj Rika (wolę, żebyście mnie tak nazywali) i tutaj będę wstawiać moje opowiadania o Hetalii. One-shots i te dłuższe też. Mam głowę pełną pomysłów, ale brak motywacji i chęci. To do zobaczenia!